
Przez chwilę stałam, otępiałym wzrokiem podziwiając majestatyczny krajobraz rozpościerający się przede mną. Jednak w pewnym momencie mojego dokładnego obejrzenia kaskady, coś szczególnie przykuło moją uwagę. Był to mały, błyszczący Księżycowy Kamień . Przecież to rzadkość! Od razu pędem rzuciłam w jego stronę. Jednak był mały, tyci- tyci problem- kamień był na dnie, a dno było głęboko. Nawet mój rozum krzyczał gdzieś w ciemnym zakamarku mózgu (oczywiście mojego)- „Nie idź, to czyste szaleństwo!”. No właśnie, a co to ma być, przecież nie poszłabym w miejsce, które nie jest zagrożeniem dla mojego życia!
- Głęboko?! Ja mam to głęboko gdzieś!- wykrzyczałam na całe gardło (w pewnym sensie były to słowa do mojego DERP [Drażniącego Elementu Rozumu Podstawowego]). To pewnie był taki odruch. Może. Niewykluczone. Całkiem możliwe. Wracając do historii: Oczywiście, musiałam po niego popłynąć. Nie byłam dobrą pływaczką, tym bardziej, że jestem mieszanką lwa i wilka. Czyli w sumie chcę wejść do wody, ale czuję także strach i niepokój, co do zamoczenia moich łap. Jednak- jak się spodziewałam- chciwość i chęć posiadania wszystkiego, co BŁYSZCZĄCE zwyciężyło. Szybko wskoczyłam do ciepłej (co dziwne) wody i z prędkością, wprost błyskawicy, osiadłam na dnie. Co do wzięcia błyskotki nie wahałam się ani trochę. I wtedy… chyba straciłam przytomność. Widziałam ciemność, nic oprócz niej. Miałam nadzieję, że jeszcze żyję, (nie chciała stracić już… chyba trzeciego życia? [więcej o tym, trochę później]) inaczej byłoby nieciekawie. Nagle usłyszałam głos- ciepły i łagodny, taki jak głos księżyca, który rozbrzmiewał znad mojej głowy. A właściwie były to głosy, a nie jeden głos. Otworzyłam oczy. Widziałam światło, nieprzyjemne i gorące- tak, jakby miało wypalić mi oczy.
- Przestań! Zgaś, albo zrób coś z tym przeklętym światłem!- krzyczałam na cały głos, aż słońce przestało mnie razić. Zobaczyłam wtedy twarz- lekko zmartwioną i zawstydzoną. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Jestem- gdzieś, opiekuje się mną- ktoś, co z moim kamieniem- nie wiem. Czy to nie dziwne? Tjaa… Następnych paru minut nie pamiętam,(prócz szczegółu, że klapnęłam się łapą po twarzy i próbowałam zasnąć) ale było coś takiego: „Musisz zostać, masz poważne stłuczenia”, „Zaopiekujemy się tobą, nie martw się”, „Skąd jesteś, jak masz na imię?” i tak dalej. Tak czy siak, zostanę tu gdzie właśnie jestem, a następnego dnia dowiem się, co właściwie się stało!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz