Dorian i kobieta przeszywali się wzrokiem. Dziewczyna rzeczywiście musi być silna, skoro mój towarzysz uważa, że nie da razy uniknąć jej ataku. Patrząc jednak na jej charakter, nie było zbyt mądrym posunięciem prowokowanie jej. Przypatrywałem się dokładnie napiętym mięśniom przeciwnika, by przy nadarzającej się okazji zainterweniować. Po dłuższej chwili wymieniania się zimnymi spojrzeniami, kobieta wyprostowała się jakby odpuszczając. Dorian po zastanowieniu, też poszedł w jej ślady, przy tym tracąc gardę. Dziewczyna prędko to wykorzystała, rzucając dwa sztylety, które w ostatniej chwili odparłem ręką, a dokładniej ciężką zbroją na niej się znajdującą. Napastniczka najprawdopodobniej nie rzuciła nimi od razu bo obawiała się, że Dorian jednak zrobi unik, nie lekceważyła go, jednak posunęła się do podstępu. Zaskoczone miny tej dwójki były warte tej akcji. Uśmiechnięty schyliłem się po sztylety i je podniosłem.
- Niezbyt honorowe zagranie - Powiedziałem.
- Arszeniku nie wtrącaj się - Fuknął Dorian, który się otrząsnął, w końcu jeszcze tylko sekunda i leżałyby tu jego zwłoki.
- Kim jesteś? - Warknęła kobieta łapiąc w dłonie kolejne sztylety.
- Ja? - Dopytałem - Wyszkolonym tuziemcem - Zaśmiałem się gromko. Teraz stojąc przed Dorianem kobieta mogła zobaczyć moje umięśnione ciało, jak i znajdujące się na nim blizny.
- Uważasz mnie za idiotkę? - Wycedziła przez zęby - Takie rany i doświadczenie nie tworzą się zaledwie po jednej walce - Mówiła, przy tym zachowując ostrożność.
- To chyba będziesz na tyle mądra i się poddasz? - Powiedziałem z szerokim uśmiechem, który rozwścieczył dziewczynę.
- Chyba kpisz! - Krzyknęła i wyjęła kolejne sztylety. Widząc to zmarszczyłem brwi i zacząłem powoli iść w jej stronę. Na co zareagowała szarżą w moim kierunku, chciała wbić broń prosto w moje żebro, jednak łapiąc ją za nadgarstek sprawnie przerzuciłem jej ciało przez swój kart. O dziwo odzyskała prędko stabilność i zamiast upaść, od razu uderzyła mnie butem w twarz. Zataczając się delikatnie do tyłu dostrzegłem błysk. Kiedy sztylety były blisko moich ramion usłyszałem brzdęk metalu. Na ziemi wylądowały cztery groźne bronie. Zerknąłem na Doriana, który właśnie uratował mnie od długotrwałego uszkodzenia ciała. Westchnąłem z ulgą i podciąłem kobietę, sprawnie ją unieruchamiając.
- Puszczaj mnie! - Próbowała się szamotać.
- Muszę Ci przyznać, że znasz kilka sztuczek - Odezwał się przyjaciel stojący za mną.
- To dla mnie zaszczyt słysząc to od Ciebie - Zachwycony jego rzutem, uśmiechnąłem się, gdy oplątywałem sznur wokół rąk unieruchomionej dziewczyny.
- W czym niby tu zaszczyt Arszeniku? - Prychnął odwracając wzrok, a uśmiech na mojej twarzy się utrwalił. Kiedy nogi i ręce kobiety były już spętane, przerzuciłem ją przez ramię.
- Ała! - Syknęła kopiąc mnie w żebra, sam lekko jęknąłem i uświadomiłem sobie, że brak zbroi na klatce piersiowej, rzeczywiście nie jest tak dobrym pomysłem.
- Nie możesz jej zwyczajnie postawić? - Zapytał ironicznie Dorian, widząc jak się męczę schodząc z nią po schodach. Wierciła się niemiłosiernie.
- Sam powinieneś dobrze wiedzieć, że to nie najlepszy pomysł - Spojrzałem w jego kierunku - Sprytna jest, chwila nieuwagi i pryśnie nam sprzed nosa, musimy ją odstawić do więzienia - Zacząłem się zastanawiać czy uderzenie kobiety w głowę młotkiem, by chociaż trochę pomogło?
- Ee.. tam zrobić jej kaganiec i prowadzić za smycz, byłoby lepszym widowiskiem - Podejrzewałem, że Dorian albo się uśmiechnął, albo coś pokazał dziewczynie, ponieważ ta znowu zdobyła mnóstwo energii. Długo się tym jednak nie przejmowałem, bo miałem większe zmartwienia. Nie mogę tak wyjść z tego budynku. Ludzie od razu mnie rozpoznają, a to niemożliwe by po pokłonach, mężczyzna nie poznał kim jestem.
- W sumie pomysł ze smyczą nie jest taki głupi.. - Odwróciłem się do Doriana z uśmiechem, a ten spojrzał na mnie z miną "ja tylko żartowałem...". Po chwili doczepiłem kolejny sznur, który w wilczej formie wziąłem do pyska.
- Chyba sobie żartujesz! Wyglądam jak dziwka prowadząca na targ! - Kobieta z całej sił stawiała opór, jednak kilka mocniejszych szarpnięć i potulnie szła. Teraz tylko odstawić ją do lochów. Chociaż zastanawiało mnie co na to ma do powiedzenia Dorian. Nie wiedziałem jakie relacje ich wcześniej łączyły, a ewidentnie się znali.
<Dorian?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avaresh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avaresh. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 kwietnia 2017
Od Avaresha C.D Ascrasii
Zawalenie kopalni na pewno spowolniło Hughole, dlatego nie wspominając o nich powoli odprowadziłem Ascrasię na jedną z głównych ulic. Nie chciałem by więcej myślała o tym co nieistotne. Kiedy się rozstaliśmy, udałem się do zamku by poinformować o wszystkim radę. Kiedy tylko przekroczyłem wielkie wrota w moim kierunku podbiegło kilkunastu doradców i nie tylko. Byli także Ci z innych królestw, znajdowali się tutaj cały czas by pilnować, czy nie podejmę bez wiedzy reszty jakiejś ważnej decyzji. To działa w obie strony, moi doradcy także są porozstawiani po reszcie królestw. Wszyscy naraz narzucili na mnie mnóstwo informacji. Słysząc na temat spustoszenia jakie przez zaledwie kilka godzin dokonały Hughole zadrżałem. Doszedłem do wniosku, że lepiej przygotować się na najgorsze. Ta myśl sprawiła, że ciężar odpowiedzialności przygniótł moje barki niczym ciężki płaszcz. Jakbym był bardziej ostrożny, to wszystko nie miałoby miejsca. Muszę ich powstrzymać za wszelką cenę, nawet jeśli miałbym dać się schwytać. Nawet jeśli miałbym dać się zabić. Moja mina zasępiła się. Skoro już postanowiłem, skupiłem się na nadchodzącej potyczce i zacząłem rozważać, co wiedziałem o Hugholach. Najskuteczniejszym rozwiązaniem było zużywanie jak najmniejszej ilości magii. W tej chwili wykorzystujemy ją codziennie, byleby wszystko poszło nam jak najszybciej.
- Zakazuję wszystkim wykorzystywania magii w niepotrzebnych celach! Jedynie w przypadku zagrożenia lub ataku! - Rozkazałem sowom przekazać wszystkim tę wieść.
- Panie, nie powinieneś najpierw zwołać rady? - Zapytała moja doradczyni - Nie będą z tego zadowoleni - Zmartwiła się.
- Nie mamy na to czasu, Ci mądrzejsi zrozumieją.. - Zmarszczyłem brwi.
- Ale Panie... - Odezwał się jeden z doradców Królestwa Kotów - Kucie zbroi Dranei zostanie wstrzymane, co osłabi naszą obronę, a plony wilkołaków będą rosły dużo wolniej... - Nie pozwoliłem kotowatemu kontynuować.
- Zbierając w sobie jak największe ilości magii stajemy się silniejsi, dzięki temu nasze ataki będą na nich skuteczniejsze, nawet w wypadku zwykłej ludności - Zacisnąłem szczęki - Niestety to tez musi za sobą nieść szkody...
-Wielu oszaleje! Staną się potępionymi! - Próbował zaprotestować kolejny doradca.
- Musimy wygrać tę wojnę... - Skierowałem na nich lodowate spojrzenie. Dobrze wiedzieli, że te decyzje były dla mnie najtrudniejsze. Ale wole mieć splamione ręce krwią moich ludzi, niż by Hughole miały przejąć władzę i używać ich jako niewolników. To już był moment, gdy wszystko muszę wziąć na swoje barki. - Dopilnujcie, by każdy mój rozkaz został dopełniony! - Wyszedłem przez wielkie dębowe wrota i zmieniając postać na wilczą przemknąłem się do mojej chatki, znajdującej się na obrzeżach stolicy. Jako człowiek zrzuciłem z siebie zbroje i przywdziałem zwykłą tanią koszulę. Usiadłem na starym fotelu i wziąłem do ręki, kubek z whisky. Patrzyłem pustymi oczami na drewniany pokryty pajęczynami sufit.
- Co mam teraz zrobić? - Wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Próbują nie zwracać uwagi na dziwne uczucie w żołądku. To może być koniec Przymierza... a ja nie wiem co mam zrobić. Moje wargi zadrżały. Zatłoczony umysł widząc tylko najgorsze scenariusze nie zauważył, nawet że nastała na zewnątrz noc. Zachmurzone niebo nie dopuszczało światła księżyca, przez co wszędzie zapadła ciemność. Łzy cisnęły mi się do oczu, jednak do rzeczywistości przywołało mnie stukanie. Chwilowo zdezorientowany nie wiedziałem co się dzieje. Kiedy ponownie usłyszałem uderzenie, zrozumiałem, że to pukanie do drzwi. Podniosłem się i podszedłem do drzwi, nie zwracając nawet uwagi w jakim stanie jestem. Otworzyłem je z głośnym skrzypnięciem i dostrzegłem kobiecą sylwetkę. Dopiero po kilku sekundach poznałem, że to Ascrasia. Najprawdopodobniej znalazła moją chatkę za pomocą węchu, lub tym sposobem, którym wyczuliśmy kamień, który stworzył teleport dla Hugholi.
- Ascrasia? Co ty robisz o tej godzinie? - Zapytałem, chociaż nawet mnie to nie interesowało, chciałem ją tylko wziąć w ramiona.
- Nie ważne już - Kiedy kobieta się odwróciła jak najszybciej ją zatrzymałem kładąc rękę na ramieniu. Odwróciłem ją i wpoiłem się w jej drobne wargi. Kobieta dopiero wtedy wyczuła ode mnie smak alkoholu. Przez co prędko odsunęła usta - Piłeś? - Zapytała, a ja się ironicznie zaśmiałem. Kobieta dokładnie mi się przyjrzała i ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała w oczy - Nie spałeś... - Prędko zaprowadziła mnie do środka i kazała usiąść na fotelu. Zaczęła coś robić w ciemność i po chwili dostrzegłem jak w kominku zaczyna coś się tlić. Mruknowszy coś pod nosem od razu rozpaliłem drewno. Kobieta początkowo chciała mnie wypytać, jednak nie kontaktowałem. Kazała mi wstać co zrobiłem po dłuższej chwili i położyłem się do łóżka. Zanim Ascrasia odeszła złapałem ją za rękę i siłą zmusiłem by położyła się koło mnie. Mimo ciemności wiedziałem że patrzy mi prosto w oczy.
- Przepraszam.. - Przyłożyłem czoło do jej zimnej skroni i oplotłem rękę w okół jej talii .
- Za co? - Wyszeptała leżąc nieruchomo.
- Tak krótko się znamy... - Powiedziałem zachrypniętym głosem - A musiałem się w Tobie zakochać.. przez co nie jesteś bezpieczna... - Zamknąłem oczy - Ale mimo to nie chcę cię puścić... jestem zbyt słaby.. - Poczułem jak powoli moje ciało otula sen.
<Ascrasia?>
- Zakazuję wszystkim wykorzystywania magii w niepotrzebnych celach! Jedynie w przypadku zagrożenia lub ataku! - Rozkazałem sowom przekazać wszystkim tę wieść.
- Panie, nie powinieneś najpierw zwołać rady? - Zapytała moja doradczyni - Nie będą z tego zadowoleni - Zmartwiła się.
- Nie mamy na to czasu, Ci mądrzejsi zrozumieją.. - Zmarszczyłem brwi.
- Ale Panie... - Odezwał się jeden z doradców Królestwa Kotów - Kucie zbroi Dranei zostanie wstrzymane, co osłabi naszą obronę, a plony wilkołaków będą rosły dużo wolniej... - Nie pozwoliłem kotowatemu kontynuować.
- Zbierając w sobie jak największe ilości magii stajemy się silniejsi, dzięki temu nasze ataki będą na nich skuteczniejsze, nawet w wypadku zwykłej ludności - Zacisnąłem szczęki - Niestety to tez musi za sobą nieść szkody...
-Wielu oszaleje! Staną się potępionymi! - Próbował zaprotestować kolejny doradca.
- Musimy wygrać tę wojnę... - Skierowałem na nich lodowate spojrzenie. Dobrze wiedzieli, że te decyzje były dla mnie najtrudniejsze. Ale wole mieć splamione ręce krwią moich ludzi, niż by Hughole miały przejąć władzę i używać ich jako niewolników. To już był moment, gdy wszystko muszę wziąć na swoje barki. - Dopilnujcie, by każdy mój rozkaz został dopełniony! - Wyszedłem przez wielkie dębowe wrota i zmieniając postać na wilczą przemknąłem się do mojej chatki, znajdującej się na obrzeżach stolicy. Jako człowiek zrzuciłem z siebie zbroje i przywdziałem zwykłą tanią koszulę. Usiadłem na starym fotelu i wziąłem do ręki, kubek z whisky. Patrzyłem pustymi oczami na drewniany pokryty pajęczynami sufit.
- Co mam teraz zrobić? - Wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Próbują nie zwracać uwagi na dziwne uczucie w żołądku. To może być koniec Przymierza... a ja nie wiem co mam zrobić. Moje wargi zadrżały. Zatłoczony umysł widząc tylko najgorsze scenariusze nie zauważył, nawet że nastała na zewnątrz noc. Zachmurzone niebo nie dopuszczało światła księżyca, przez co wszędzie zapadła ciemność. Łzy cisnęły mi się do oczu, jednak do rzeczywistości przywołało mnie stukanie. Chwilowo zdezorientowany nie wiedziałem co się dzieje. Kiedy ponownie usłyszałem uderzenie, zrozumiałem, że to pukanie do drzwi. Podniosłem się i podszedłem do drzwi, nie zwracając nawet uwagi w jakim stanie jestem. Otworzyłem je z głośnym skrzypnięciem i dostrzegłem kobiecą sylwetkę. Dopiero po kilku sekundach poznałem, że to Ascrasia. Najprawdopodobniej znalazła moją chatkę za pomocą węchu, lub tym sposobem, którym wyczuliśmy kamień, który stworzył teleport dla Hugholi.
- Ascrasia? Co ty robisz o tej godzinie? - Zapytałem, chociaż nawet mnie to nie interesowało, chciałem ją tylko wziąć w ramiona.
- Nie ważne już - Kiedy kobieta się odwróciła jak najszybciej ją zatrzymałem kładąc rękę na ramieniu. Odwróciłem ją i wpoiłem się w jej drobne wargi. Kobieta dopiero wtedy wyczuła ode mnie smak alkoholu. Przez co prędko odsunęła usta - Piłeś? - Zapytała, a ja się ironicznie zaśmiałem. Kobieta dokładnie mi się przyjrzała i ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała w oczy - Nie spałeś... - Prędko zaprowadziła mnie do środka i kazała usiąść na fotelu. Zaczęła coś robić w ciemność i po chwili dostrzegłem jak w kominku zaczyna coś się tlić. Mruknowszy coś pod nosem od razu rozpaliłem drewno. Kobieta początkowo chciała mnie wypytać, jednak nie kontaktowałem. Kazała mi wstać co zrobiłem po dłuższej chwili i położyłem się do łóżka. Zanim Ascrasia odeszła złapałem ją za rękę i siłą zmusiłem by położyła się koło mnie. Mimo ciemności wiedziałem że patrzy mi prosto w oczy.
- Przepraszam.. - Przyłożyłem czoło do jej zimnej skroni i oplotłem rękę w okół jej talii .
- Za co? - Wyszeptała leżąc nieruchomo.
- Tak krótko się znamy... - Powiedziałem zachrypniętym głosem - A musiałem się w Tobie zakochać.. przez co nie jesteś bezpieczna... - Zamknąłem oczy - Ale mimo to nie chcę cię puścić... jestem zbyt słaby.. - Poczułem jak powoli moje ciało otula sen.
<Ascrasia?>
niedziela, 12 marca 2017
Od Avaresha C.D Dorian
Kiedy wyszliśmy z pomieszczenia zobaczyliśmy duży rozciągający się w obie strony korytarz. Dorian natychmiastowo ruszył w jedną ze stron, moją uwagę jednak przyciągnęły lekko uchylone drzwi na samym końcu. Zacząłem zmierzać w ich kierunku, przy tym oddzielając się od towarzysza. Moja duża masa ciała nie pozwalała na skuteczne skradanie się. Co drugi krok wywoływał okropne skrzypienie. Jednak przez wybicie okna już i tak dałem o sobie znak. Spojrzałem do pomieszczenia, lecz jedyne co mogłem zobaczyć to drewniany stolik na którym znajdował się dzban, najprawdopodobniej z jakimś trunkiem. Osoby, które przesiadywały tutaj pewnie zrobiły sobie miłą pogawędkę. Wątpiłem, by ktoś jeszcze tutaj został. Złapałem za metalową klamkę i otworzyłem z upiornym skrzypem drzwi. Nagle wszystko stanęło w miejscu jakby zalane płynnym bursztynem. Dwójka ludzi siedzących na fotelach, nawet nie drgnęła. Zobaczyłem mężczyzn ze spalonymi imbirem językami i opuchniętymi gardłami. Rozwarte oczy patrzyły ku górze, na zakurzony sufit. Wyglądali na otrutych. Zwykle tym, którzy nie chcieli otwierać ust wlewano olej do nosów, podczas gdy ktoś trzymał delikwenta do góry nogami. Najwyraźniej tutaj tej kuracji oprawca nie miał zamiaru stosować. Kubki leżały na ziemi, a ciesz spływała z ich ust po szyjach, aż do brudnych skórzanych ubrań. Zostali zmuszeni do picia. Przypatrując się drugiemu byłem zaciekawiony czemu nie ruszył z pomocą. Nie miał śladów splątania na dłoniach czy nogach. Pewnie chciał sprzedać kamienie i zatrzymać całe pieniądze dla siebie. Zabicie wspólnika było mu na rękę. Nie spodziewał się jednak, że i po niego przyszła śmierć. Nie raz spotykałem ludzi, którzy owijali trzy razy wokół szyi konopny sznur. Chropowata linka robiła wrażenie i zostawiała na gardle wiarygodne zaczerwienienie. Tak pozorowali swoją śmierć, by strażnicy miasta, których na nich nasyłam myśleli, że nie żyją. Na szczęście im się ta sztuczka nie udaje. Nauczyłem swoich ludzi by sprawdzali dokładnie ciało póki na szyi nie dostrzegą jedwabiu lub drutu. Lepiej nadają się do zmiażdżenia tchawicy i są stosowane przez zabójców. Czego dowiedziałem się od Johna, mojego szpiega. To co jednak tutaj się stało nie wygląda na udawane. Słysząc głośny łomot wyszedłem pospiesznie z pokoju. Nagle oddzielenie się od Doriana nie wydawało się tak dobrym pomysłem. Jeśli morderca nadal jest w domu, to mój towarzysz może być w tarapatach. Dostrzegając sylwetkę rudowłosego przyspieszyłem kroku. Stając zaledwie metr za nim zobaczyłem niską i niegroźnie wyglądającą dziewczynę. Nie oceniaj książki po okładce. Chociaż trudno mi było wyobrazić sobie jak zmusza tych dwóch dość mocno zbudowanych mężczyzn do picia trucizny.
- Apsalar? - Wyszeptał nagle Dorian. Znał ją. Kobieta ze zdziwienia wypuściła sztylet z dłoni. Nie wiem co łączy tę dwójkę, jednak musiałem przerwać im tę miłą chwilę.
- A więc zwą cię Apsalar? - Zapytałem, a jej twarz nagle stała się szorstka, a wzrok chłodny niczym lód.
- Tsa - Syknęła pod nosem i zerknęła w stronę sztyletu, który upuściła. Dostrzegłem jak Dorian lekko się wzdrygnął, przez co zmarszczyłem brwi i przygotowałem mięśnie na każdą sytuację.
- Czy to twoja sprawka? - Zapytałem wskazując kciukiem za siebie, na otwarte drzwi. Kobieta zastygła. Mój towarzysz spojrzał na mnie pytająco, a ja jedynie delikatnie kiwnąłem głową. Jego dłoń zacisnęła się mocniej na sztylecie. Co teraz zrobi dziewczyna?
<Dorian? Wybacz nie miałem na to jakiegoś bardziej intrygującego pomysłu>
- Apsalar? - Wyszeptał nagle Dorian. Znał ją. Kobieta ze zdziwienia wypuściła sztylet z dłoni. Nie wiem co łączy tę dwójkę, jednak musiałem przerwać im tę miłą chwilę.
- A więc zwą cię Apsalar? - Zapytałem, a jej twarz nagle stała się szorstka, a wzrok chłodny niczym lód.
- Tsa - Syknęła pod nosem i zerknęła w stronę sztyletu, który upuściła. Dostrzegłem jak Dorian lekko się wzdrygnął, przez co zmarszczyłem brwi i przygotowałem mięśnie na każdą sytuację.
- Czy to twoja sprawka? - Zapytałem wskazując kciukiem za siebie, na otwarte drzwi. Kobieta zastygła. Mój towarzysz spojrzał na mnie pytająco, a ja jedynie delikatnie kiwnąłem głową. Jego dłoń zacisnęła się mocniej na sztylecie. Co teraz zrobi dziewczyna?
<Dorian? Wybacz nie miałem na to jakiegoś bardziej intrygującego pomysłu>
niedziela, 5 marca 2017
Od Avaresha C.D Ascrasii
Poczułem przy szyi zimno lodowego ostrza. Zmarszczyłem brwi widząc ciemne jak heban włosy kobiety. Nic nie mówiła, miała zaciśnięte zęby i spięte mięśnie. Walczyła sama ze sobą. Nie odzywałem się, moje słowa mogłyby tylko pogorszyć sytuację i zaburzyć jej koncentrację. Zacząłem żałować, że wziąłem ją tutaj razem ze mną. Byłem samolubny. Czując, że coś się dzieje w mojej głowie, powinienem zrozumieć, że z nią nie jest lepiej. Dodatkowo cały czas otrzymywałem jakieś sygnały. Była momentami nieobecna, a koniuszki jej palców były pokryte lodem. Tłumaczyłem to sobie, że to przez używanie jej mocy lodu, lub rany po spotkaniu z pułapką na niedźwiedzie, jednak jak się okazało to nie było to. Nagle ucisk ostrza zelżał, włosy zaczęły powoli przybierać naturalny kolor. Wygrywała to starcie. Wiedziałem, że jest silna, ale też muszę ją stąd jak najszybciej zabrać.
-Ktoś tu jest! - Usłyszeliśmy głosy za sobą. Spojrzałem na kobietę zastanawiając się co teraz zrobi. Zaatakuje mnie, czy jednak... Cały ciężar Ascrasii wylądował na moim ciele, a ja przewróciłem się na twarde podłoże. Wokół nas powstała ciemna otoczka. Popatrzyłem zaskoczony na jej twarz. Mimo takiego stanu nadal mnie broniła. Jak zauważyłem, każde użycie przez nią mocy doprowadzało do większego pokrycia lodem jej rąk. Słyszałem głośne kroki, po chwili były obok nas, już mieli nas minąć kiedy...
-N.. - Mruknęła cicho kobieta. Przyłożyłem delikatnie palec do jej ust, co miało oznaczać by próbowała zachować ciszę. I tak dużo od niej wymagam jak na stan w jakim się znajduje. Poczułem jak zaciska dłoń na mojej koszuli. Brak uzbrojenia był w tej chwili karcący. Nie posiadałem przy sobie nawet mojej dwuręcznej broni. Przez co moja moc światła była niemożliwa do użycia. A więc został tylko ogień. Moje fioletowe oko zaczęło delikatnie świecić.
-Wracać! Zaraz wszystko się zawali! - Usłyszałem donośny głos, który zmusił przeciwników do odwrotu. Zawali się? A więc Ci co nas gonią, to Ci, którzy odpowiadali za podtrzymywanie ścian. Musimy dać się gonić! Powłoka cienia Ascrasii zniknęła a ona, dysząc powoli podniosła się z mojego ciała. Wstałem i spojrzałem jak daleko są przeciwnicy. Kobieta była wyczerpana.. przepraszam, ale muszę cię zmusić do jeszcze chwili wysiłku. Moje oko zaczęło emitować czerwienią. Niedaleko nas pojawiła się ognista kula, która wskazywała nasze położenie.
-Tutaj są! - Usłyszałem głos i kilka uderzeń butów o skały. Ruszyli za nami. Uśmiechnąłem się, jednak nagle przed moją twarzą pojawiła się czarna jak smoła ściana. Emitowane przez nią zimno wskazywało, że to moc Ascrasii. Miała na to jeszcze siłę? Zdziwiłem się i dostrzegłem jak przemienia się w wilka. Uczyniłem to samo. Mogłem teraz zniszczyć lód za pomocą żywiołu wody. Uniosłem lekko ogon, jednak prędko zaprzestałem moje poczynania, kiedy wadera stanęła w miejscu i zaczęła się szarpać. Jej futro w kilka chwil stało się czarne jak u kruka. Krzyczała... ale nie do siebie, widziała kogoś, kogo moje oczy nie były wstanie dostrzec. Kiedy jej sierść nie posiadała na sobie już królewskiej bieli zwróciła się ku mnie i pokazała rząd ostrych zębów. Nie daj się pokonać Ascrasio...
-Lightwood - Zrobiłem krok do tyłu - otrząśnij się! - Krzyknąłem widząc kątem oka jak lodowy mur zaczyna drżeć. Nie mieliśmy dużo czasu, zanim przeciwnicy się przebiją. Dodatkowo groziło nam przysypanie przez głazy, gdy jaskinia się zawali. Usłyszałem głośne warczenie wadery i jej sylwetka skoczyła w moim kierunku z zamiarem ataku. Unik. Moja widoczność była ograniczona, dodatkowo ledwo mogłem dostrzec Ascrasię, przez jej ciemny kolor sierści.
-Ascrasio to tylko iluzja! - Wykrzyczałem - Otrząśnij się! - Nie chciałem myśleć co się stanie, jeśli jednak to nie nastąpi. Nie potrafiłbym jej zabić.
-Ona nie jest taka głupia! - Usłyszałem donośny głos, zszokowany czyjąś obecnością unikałem natarczywe ataki wilczycy. Wadera co jakiś czas spoglądała za siebie, jakby widziała tam...
-Otrząśnij się! - Warknąłem - To on jest twoim wrogiem, nie ja! - Wskazałem łapą za Ascrasie - Pomyśl chwilę. Czy ja bym ci kazał kogokolwiek zabić od tak? - Kiedy dostrzegłem białe zaniki na jej sierści odetchnąłem z ulgą. Następnie byłem świadkiem, jak rozszarpuje czyjeś cielsko, które dostrzegłem dopiero wtedy gdy flaki leżały na ziemi. Kiedy się wydostaliśmy wciągnąłem zimne powietrze do płuc i powoli je wypuściłem. Co prawda jaskinia się nie zawaliła, ale wiemy jak się przygotować do walki.
-Musimy ostrzec wszystkich - Poinformowałem i ruszyłem biegiem przed siebie, lecz wadera stała w miejscu. Przystanąłem i spojrzałem na nią. Rozumiałem, że było jej trudno i była zmęczona, jednak teraz ważą się losy Przymierza. - Ascrasio musimy iść - Powiedziałem poważnym głosem.
- Jestem stworzona, by cię zabić! - Wykrzyknęła robiąc krok do tyłu.
- Ascrasio! - Chciałem by mój głos przemówił jej do rozumu.
- Nie zbliżaj się do mnie! - Jej sylwetka stała się cieniem i zniknęła za drzewami.
- Ascrasio.. - Wyszeptałem zmartwiony. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę obozu, jednak robiąc zaledwie kilka kroków stanąłem w miejscu. Cholera... pobiegłem w las, gdzie zniknęła wadera. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, przy tym rozglądając się na wszystkie strony. Gdzie mogła się schować? Mój oddech był głęboki i ciężki. Łapy uderzały z impetem o ziemię, przy okazji wczepiając się w nią pazurami. Każdy upadek mógłby mnie spowolnić, na co nie mogłem pozwolić. W pewnym momencie coś dostrzegłem. Zatrzymałem się dysząc ciężko. Kształt, który zobaczyłem nie pasował do tego co znajdowało się w około. Młoda wilczyca siedziała w śniegu oparta bokiem o drzewo. Zmieniłem się w człowieka i ruszyłem w jej kierunku. Mój oddech był na tyle głośny, że dał wilczycy znać, gdzie się znajduję zanim w ogóle bylem wystarczająca blisko by dostrzec jej wyraz twarzy. Spojrzała na mnie z zaszokowaniem.
- Ruszyłeś za mną? - Wyszeptała drżącym głosem.
- Głupia - Wysyczałem upadając na kolana przed nią i owinąłem ręce wokół jej sylwetki. - Jak mogę powadzić miliony? jak nie potrafię uratować jednej osoby - Wyszeptałem próbując uspokoić oddech.
- Ale, powinieneś wszystkich poinformować... - Odparła próbując się wyślizgnąć z mojego uścisku, jednak jej to uniemożliwiłem.
- Wysłałem wiadomość Sowiemu Gniazdu... nie było to zbyt mądre, gdyż jest ryzyko, że wróg przejmie informacje.. - Zaprzestałem wypowiedzi - Dziękuję.. - Dodałem po chwili ciszy
- Za co? - Zdziwiła się - Przecież, jedyne co robiłam to chciałam cię zabić - Jej głos znowu drżał, a ja odsunąłem się od niej na tyle by spojrzeć waderze w oczy.
- Przecież wiesz, że to nie byłaś ty - Uśmiechnąłem się - W dodatku, wygrałaś.. pokonałaś tą mroczną stronę, jeśli uda ci się ją w pełni kontrolować będziesz jeszcze silniejsza - Nie próbowałem jej dodać otuchy, zwyczajnie mówiłem prawdę.
- Ale.. ja nie wiem czy dam radę.. wtedy udało mi się bo otworzyłeś mi oczy - Zmartwiła się
- W takim razie, zostanę z tobą - Powiedziałem z czułym uśmiechem, a z oczu wadery zaczęły płynąć łzy. Zdezorientowany się lekko wystraszyłem, bo nie wiedziałem jak zareagować. Nie spodziewałem się po niej łez. - Czemu płaczesz? - Zapytałem, a ona zamieniła się w drobną białowłosą kobietę.
- Jak zacznę płakać, to już nie potrafię przestać - Wysyczała - To twoja wina - Zaczęła łkać, a ja lekko się zaśmiałem, na co ona zareagowała delikatnym uderzeniem w moją klatkę piersiową. Ująłem jej twarz w dłonie i spojrzałem w pełen zdziwienia wzrok. Po czym przyłożyłem swoje wargi do jej ust.
- Przestałaś płakać - Uśmiechnąłem się, gdy zakończyłem pocałunek.
< Ascrasia? >
-Ktoś tu jest! - Usłyszeliśmy głosy za sobą. Spojrzałem na kobietę zastanawiając się co teraz zrobi. Zaatakuje mnie, czy jednak... Cały ciężar Ascrasii wylądował na moim ciele, a ja przewróciłem się na twarde podłoże. Wokół nas powstała ciemna otoczka. Popatrzyłem zaskoczony na jej twarz. Mimo takiego stanu nadal mnie broniła. Jak zauważyłem, każde użycie przez nią mocy doprowadzało do większego pokrycia lodem jej rąk. Słyszałem głośne kroki, po chwili były obok nas, już mieli nas minąć kiedy...
-N.. - Mruknęła cicho kobieta. Przyłożyłem delikatnie palec do jej ust, co miało oznaczać by próbowała zachować ciszę. I tak dużo od niej wymagam jak na stan w jakim się znajduje. Poczułem jak zaciska dłoń na mojej koszuli. Brak uzbrojenia był w tej chwili karcący. Nie posiadałem przy sobie nawet mojej dwuręcznej broni. Przez co moja moc światła była niemożliwa do użycia. A więc został tylko ogień. Moje fioletowe oko zaczęło delikatnie świecić.
-Wracać! Zaraz wszystko się zawali! - Usłyszałem donośny głos, który zmusił przeciwników do odwrotu. Zawali się? A więc Ci co nas gonią, to Ci, którzy odpowiadali za podtrzymywanie ścian. Musimy dać się gonić! Powłoka cienia Ascrasii zniknęła a ona, dysząc powoli podniosła się z mojego ciała. Wstałem i spojrzałem jak daleko są przeciwnicy. Kobieta była wyczerpana.. przepraszam, ale muszę cię zmusić do jeszcze chwili wysiłku. Moje oko zaczęło emitować czerwienią. Niedaleko nas pojawiła się ognista kula, która wskazywała nasze położenie.
-Tutaj są! - Usłyszałem głos i kilka uderzeń butów o skały. Ruszyli za nami. Uśmiechnąłem się, jednak nagle przed moją twarzą pojawiła się czarna jak smoła ściana. Emitowane przez nią zimno wskazywało, że to moc Ascrasii. Miała na to jeszcze siłę? Zdziwiłem się i dostrzegłem jak przemienia się w wilka. Uczyniłem to samo. Mogłem teraz zniszczyć lód za pomocą żywiołu wody. Uniosłem lekko ogon, jednak prędko zaprzestałem moje poczynania, kiedy wadera stanęła w miejscu i zaczęła się szarpać. Jej futro w kilka chwil stało się czarne jak u kruka. Krzyczała... ale nie do siebie, widziała kogoś, kogo moje oczy nie były wstanie dostrzec. Kiedy jej sierść nie posiadała na sobie już królewskiej bieli zwróciła się ku mnie i pokazała rząd ostrych zębów. Nie daj się pokonać Ascrasio...
-Lightwood - Zrobiłem krok do tyłu - otrząśnij się! - Krzyknąłem widząc kątem oka jak lodowy mur zaczyna drżeć. Nie mieliśmy dużo czasu, zanim przeciwnicy się przebiją. Dodatkowo groziło nam przysypanie przez głazy, gdy jaskinia się zawali. Usłyszałem głośne warczenie wadery i jej sylwetka skoczyła w moim kierunku z zamiarem ataku. Unik. Moja widoczność była ograniczona, dodatkowo ledwo mogłem dostrzec Ascrasię, przez jej ciemny kolor sierści.
-Ascrasio to tylko iluzja! - Wykrzyczałem - Otrząśnij się! - Nie chciałem myśleć co się stanie, jeśli jednak to nie nastąpi. Nie potrafiłbym jej zabić.
-Ona nie jest taka głupia! - Usłyszałem donośny głos, zszokowany czyjąś obecnością unikałem natarczywe ataki wilczycy. Wadera co jakiś czas spoglądała za siebie, jakby widziała tam...
-Otrząśnij się! - Warknąłem - To on jest twoim wrogiem, nie ja! - Wskazałem łapą za Ascrasie - Pomyśl chwilę. Czy ja bym ci kazał kogokolwiek zabić od tak? - Kiedy dostrzegłem białe zaniki na jej sierści odetchnąłem z ulgą. Następnie byłem świadkiem, jak rozszarpuje czyjeś cielsko, które dostrzegłem dopiero wtedy gdy flaki leżały na ziemi. Kiedy się wydostaliśmy wciągnąłem zimne powietrze do płuc i powoli je wypuściłem. Co prawda jaskinia się nie zawaliła, ale wiemy jak się przygotować do walki.
-Musimy ostrzec wszystkich - Poinformowałem i ruszyłem biegiem przed siebie, lecz wadera stała w miejscu. Przystanąłem i spojrzałem na nią. Rozumiałem, że było jej trudno i była zmęczona, jednak teraz ważą się losy Przymierza. - Ascrasio musimy iść - Powiedziałem poważnym głosem.
- Jestem stworzona, by cię zabić! - Wykrzyknęła robiąc krok do tyłu.
- Ascrasio! - Chciałem by mój głos przemówił jej do rozumu.
- Nie zbliżaj się do mnie! - Jej sylwetka stała się cieniem i zniknęła za drzewami.
- Ascrasio.. - Wyszeptałem zmartwiony. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę obozu, jednak robiąc zaledwie kilka kroków stanąłem w miejscu. Cholera... pobiegłem w las, gdzie zniknęła wadera. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, przy tym rozglądając się na wszystkie strony. Gdzie mogła się schować? Mój oddech był głęboki i ciężki. Łapy uderzały z impetem o ziemię, przy okazji wczepiając się w nią pazurami. Każdy upadek mógłby mnie spowolnić, na co nie mogłem pozwolić. W pewnym momencie coś dostrzegłem. Zatrzymałem się dysząc ciężko. Kształt, który zobaczyłem nie pasował do tego co znajdowało się w około. Młoda wilczyca siedziała w śniegu oparta bokiem o drzewo. Zmieniłem się w człowieka i ruszyłem w jej kierunku. Mój oddech był na tyle głośny, że dał wilczycy znać, gdzie się znajduję zanim w ogóle bylem wystarczająca blisko by dostrzec jej wyraz twarzy. Spojrzała na mnie z zaszokowaniem.
- Ruszyłeś za mną? - Wyszeptała drżącym głosem.
- Głupia - Wysyczałem upadając na kolana przed nią i owinąłem ręce wokół jej sylwetki. - Jak mogę powadzić miliony? jak nie potrafię uratować jednej osoby - Wyszeptałem próbując uspokoić oddech.
- Ale, powinieneś wszystkich poinformować... - Odparła próbując się wyślizgnąć z mojego uścisku, jednak jej to uniemożliwiłem.
- Wysłałem wiadomość Sowiemu Gniazdu... nie było to zbyt mądre, gdyż jest ryzyko, że wróg przejmie informacje.. - Zaprzestałem wypowiedzi - Dziękuję.. - Dodałem po chwili ciszy
- Za co? - Zdziwiła się - Przecież, jedyne co robiłam to chciałam cię zabić - Jej głos znowu drżał, a ja odsunąłem się od niej na tyle by spojrzeć waderze w oczy.
- Przecież wiesz, że to nie byłaś ty - Uśmiechnąłem się - W dodatku, wygrałaś.. pokonałaś tą mroczną stronę, jeśli uda ci się ją w pełni kontrolować będziesz jeszcze silniejsza - Nie próbowałem jej dodać otuchy, zwyczajnie mówiłem prawdę.
- Ale.. ja nie wiem czy dam radę.. wtedy udało mi się bo otworzyłeś mi oczy - Zmartwiła się
- W takim razie, zostanę z tobą - Powiedziałem z czułym uśmiechem, a z oczu wadery zaczęły płynąć łzy. Zdezorientowany się lekko wystraszyłem, bo nie wiedziałem jak zareagować. Nie spodziewałem się po niej łez. - Czemu płaczesz? - Zapytałem, a ona zamieniła się w drobną białowłosą kobietę.
- Jak zacznę płakać, to już nie potrafię przestać - Wysyczała - To twoja wina - Zaczęła łkać, a ja lekko się zaśmiałem, na co ona zareagowała delikatnym uderzeniem w moją klatkę piersiową. Ująłem jej twarz w dłonie i spojrzałem w pełen zdziwienia wzrok. Po czym przyłożyłem swoje wargi do jej ust.
- Przestałaś płakać - Uśmiechnąłem się, gdy zakończyłem pocałunek.
< Ascrasia? >
czwartek, 23 lutego 2017
Od Avaresha C.D Dorian
Cofnąłem się delikatnie, kiedy ciało Doriana znalazło się na tyle wysoko, że objęły je ostatnie promienie zachodzącego słońca. Pomiędzy domami rozległ się ostry trzask, po nim zaś huk podobny do ognia buchającego pod podmuchem wiatru. Po chwili znalazłem się na dachu i powoli złożyłem skrzydła. Mężczyzna wyszeptał coś, jednak nic nie doszło do moich uszu. Zaczął rozmasowywać obolałe dłonie i poprzez systematyczne ruchy głową patrzył na okolicę.
- Dlaczego tu weszliśmy? - Zapytałem z zaciekawieniem. Chociaż przypuszczałem odpowiedzi, że chce się ode mnie uwolnić i myślał, że to podziała.
- W sumie sam nie wiem, ale fajnie czasem popatrzeć na coś z góry - Odparł w najspokojniejszym tonie, jaki dotąd u niego usłyszałem. Co mnie lekko zdziwiło. Aż zacząłem się zastanawiać, czy zwyczajnie przywykł do mojego towarzystwa. Dorian podszedł do starego komina i zaczął się mu dokładnie przyglądać. Bacznie patrzyłem na poczynania mężczyzny. W pewnym momencie wyjął jedną z cegieł i rzucił nią o dach. Pod wpływem niespodziewanego hałasu zmrużyłem oczy. Kiedy w pełni je otworzyłem zobaczyłem jak chłopak nad czymś przykucnął. W skorupach leżały fioletowe kamienie. Początkowo myślałem, że to zwyczajny ametyst, dość pospolity w tych rejonach. Można go spotkać w skupieniach zbitych i ziarnistych. Jednak to nie było to. Dorian zaczął wyciągać rękę by podnieść minerały.
- Nie dotykaj - Powiedziałem stanowczo. Mężczyzna spojrzał na mnie zdezorientowany - Odsuń się od nich - Uśmiechnąłem się do niego miło i napotkałem jego niezadowolone spojrzenie, jednak po chwili cofnął się o dwa kroki. Powietrze wokół mnie zaczęło wibrować. Przybrałem ludzką postać i zastrzygłem wilczymi uszami. Moje przypuszczenia był dobre. Wziąłem w dłonie kamienie i ścisnąłem z całej siły. Twarde...
- Co robisz Arszeniku? - Zapytał z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej, Dorian.
- To tanzanit - Spojrzałem na chłopaka, jednak ten nie rozumiał co w tym takiego ciekawego - Dodatkowo ulepszony za pomocą umiejętności Draenei, nie powinien być na terenach Wilkołaków - Zmarszczyłem brwi.
- Skąd wiesz? Dla mnie wygląda jak zwykły ametyst - Burknął
- Ametyst, jak i tanzanit jest kruchy - Pokazałem mu ściśniętą pięść, w której znajdowały się minerały. Mężczyzna wyraźnie dojrzał wystające żyły spowodowane wysiłkiem.
- Skoro są kruche, to powinny zostać z nich teraz tylko kawałeczki.. - Odchrząknął zadowolony, jakby rozwikłał zagadkę. Rozluźniłem dłoń i pokazałem, że kamienie są w jednym kawałku. Rozszerzył oczy z zaciekawienia, jak i zadumy.
- Tanzanit ma odcienie błękitu - Rozpocząłem tłumaczenie - Jednak pod wpływem niezwykłej magii Draenei, zmienia kolor na fiolet i ma niesamowite właściwości. Zostają one wszczepiane w zbroje i bronie, dzięki czemu stają się o wiele silniejsze - Zdjąłem olbrzymią dwuręczną broń z moich pleców i pokazałem chłopakowi - Dzięki temu, mogę uwalniać moją moc światła, co kiedyś było dla mnie niemożliwe - Wskazałem na drobny kamień tkwiący w "tasaku" - Jednak jest to bardzo rzadkie, by ktokolwiek takie posiadał, chyba że wywodzi się z obrzydliwie bogatej rodziny.. - Przerwały mi słowa towarzysza.
- Jak ty Arszeniku? - Zapytał nagle Dorian. Zrozumiałem przez to, że nadal nie zna mojej tożsamości, co mnie nie lada ucieszyło.
- Jak ja - Uśmiechnąłem się i po chwili przywdziałem niewzruszoną minę - Jeśli ktoś rozprowadza je po stolicy i nie wie jakie szkody może wyrządzić, osoba nie potrafiąca się nimi posługiwać, mamy spore kłopoty - Zmarszczyłem brwi i wbiłem broń na krańcu dachu.
- Co może się stać? - Zapytał przyglądając się temu co robię.
- Jeśli ktoś nie wie jak wkuć ulepszony tanzanit w broń, może doprowadzić do wielkiego wybuchu - Odparłem i umieściłem rękojeść broni tak by zwisała z dachu. - Ale bardziej obawiam się gniewu Draenei... - Z delikatnego rozbiegu skoczyłem w jej kierunku i mocno ją złapałem. Zwisając kilka metrów nad ziemią patrzyłem w okno, na przeciw którego się znalazłem.
- Co ty robisz?! - Wykrzyknął Dorian, który zaczął mocno trzymać mają broń, bojąc się, że zaraz spadnę.
- Trzeba się dowiedzieć czyje to jest - Odpowiedziałem z promiennym uśmiechem. Lekko się rozbujałem i wskoczyłem do domku, przy okazji wybijając szybę nogą. Typowa speluna złodzieja.
<Dorian?>
- Dlaczego tu weszliśmy? - Zapytałem z zaciekawieniem. Chociaż przypuszczałem odpowiedzi, że chce się ode mnie uwolnić i myślał, że to podziała.
- W sumie sam nie wiem, ale fajnie czasem popatrzeć na coś z góry - Odparł w najspokojniejszym tonie, jaki dotąd u niego usłyszałem. Co mnie lekko zdziwiło. Aż zacząłem się zastanawiać, czy zwyczajnie przywykł do mojego towarzystwa. Dorian podszedł do starego komina i zaczął się mu dokładnie przyglądać. Bacznie patrzyłem na poczynania mężczyzny. W pewnym momencie wyjął jedną z cegieł i rzucił nią o dach. Pod wpływem niespodziewanego hałasu zmrużyłem oczy. Kiedy w pełni je otworzyłem zobaczyłem jak chłopak nad czymś przykucnął. W skorupach leżały fioletowe kamienie. Początkowo myślałem, że to zwyczajny ametyst, dość pospolity w tych rejonach. Można go spotkać w skupieniach zbitych i ziarnistych. Jednak to nie było to. Dorian zaczął wyciągać rękę by podnieść minerały.
- Nie dotykaj - Powiedziałem stanowczo. Mężczyzna spojrzał na mnie zdezorientowany - Odsuń się od nich - Uśmiechnąłem się do niego miło i napotkałem jego niezadowolone spojrzenie, jednak po chwili cofnął się o dwa kroki. Powietrze wokół mnie zaczęło wibrować. Przybrałem ludzką postać i zastrzygłem wilczymi uszami. Moje przypuszczenia był dobre. Wziąłem w dłonie kamienie i ścisnąłem z całej siły. Twarde...
- Co robisz Arszeniku? - Zapytał z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej, Dorian.
- To tanzanit - Spojrzałem na chłopaka, jednak ten nie rozumiał co w tym takiego ciekawego - Dodatkowo ulepszony za pomocą umiejętności Draenei, nie powinien być na terenach Wilkołaków - Zmarszczyłem brwi.
- Skąd wiesz? Dla mnie wygląda jak zwykły ametyst - Burknął
- Ametyst, jak i tanzanit jest kruchy - Pokazałem mu ściśniętą pięść, w której znajdowały się minerały. Mężczyzna wyraźnie dojrzał wystające żyły spowodowane wysiłkiem.
- Skoro są kruche, to powinny zostać z nich teraz tylko kawałeczki.. - Odchrząknął zadowolony, jakby rozwikłał zagadkę. Rozluźniłem dłoń i pokazałem, że kamienie są w jednym kawałku. Rozszerzył oczy z zaciekawienia, jak i zadumy.
- Tanzanit ma odcienie błękitu - Rozpocząłem tłumaczenie - Jednak pod wpływem niezwykłej magii Draenei, zmienia kolor na fiolet i ma niesamowite właściwości. Zostają one wszczepiane w zbroje i bronie, dzięki czemu stają się o wiele silniejsze - Zdjąłem olbrzymią dwuręczną broń z moich pleców i pokazałem chłopakowi - Dzięki temu, mogę uwalniać moją moc światła, co kiedyś było dla mnie niemożliwe - Wskazałem na drobny kamień tkwiący w "tasaku" - Jednak jest to bardzo rzadkie, by ktokolwiek takie posiadał, chyba że wywodzi się z obrzydliwie bogatej rodziny.. - Przerwały mi słowa towarzysza.
- Jak ty Arszeniku? - Zapytał nagle Dorian. Zrozumiałem przez to, że nadal nie zna mojej tożsamości, co mnie nie lada ucieszyło.
- Jak ja - Uśmiechnąłem się i po chwili przywdziałem niewzruszoną minę - Jeśli ktoś rozprowadza je po stolicy i nie wie jakie szkody może wyrządzić, osoba nie potrafiąca się nimi posługiwać, mamy spore kłopoty - Zmarszczyłem brwi i wbiłem broń na krańcu dachu.
- Co może się stać? - Zapytał przyglądając się temu co robię.
- Jeśli ktoś nie wie jak wkuć ulepszony tanzanit w broń, może doprowadzić do wielkiego wybuchu - Odparłem i umieściłem rękojeść broni tak by zwisała z dachu. - Ale bardziej obawiam się gniewu Draenei... - Z delikatnego rozbiegu skoczyłem w jej kierunku i mocno ją złapałem. Zwisając kilka metrów nad ziemią patrzyłem w okno, na przeciw którego się znalazłem.
- Co ty robisz?! - Wykrzyknął Dorian, który zaczął mocno trzymać mają broń, bojąc się, że zaraz spadnę.
- Trzeba się dowiedzieć czyje to jest - Odpowiedziałem z promiennym uśmiechem. Lekko się rozbujałem i wskoczyłem do domku, przy okazji wybijając szybę nogą. Typowa speluna złodzieja.
<Dorian?>
wtorek, 21 lutego 2017
Od Avaresha C.D Ascrasia (Fabuła)
(Opowiadanie zawiera ważny wątek, który zdarzył się po przedstawionych wydarzeniach zawartych w fabule - Innymi słowy kontynuacja wydarzeń)
Avaresh słysząc odgłos kroków natychmiastowo zgasił ogień i okrył Ascrasię granatowymi skrzydłami, by zakryć jasną sierść widoczną w ciemności. Czasami słyszał głos matki, lecz zawsze dobiegał z oddali, coraz słabszy i słabszy, aż całkiem zamierał, on zaś pozostawał sam w ciemności. Chciał wychylić głowę zza skrzydeł i podążyć za nim, lecz przysunął mocniej do swojego ciała wilczycę, by być pewnym, że nadal przy nim jest. Czuł szybkie bicie jej serca. Wiedział, że towarzyszka zdawała sobie sprawę z zagrożenia. Avaresh postanowił spokojnie poczekać i policzyć do dwustu. Myślał, że potem będą mogli bezpiecznie ruszyć dalej. Kiedy doliczył do dziewięćdziesięciu dwóch, w jaskini zrobiło się jaśniej. Zrozumiał, że to przez to, że jego oczy przyzwyczaiły się do spowijającej go ciemności. Powoli postacie wokół stawały się coraz bardziej widoczne. Z mroku wyzierały ogromne puste oczodoły i nierówne cienie ostrych zębów. Potępieni. Zapomniał o liczeniu, poczuł narastający w nim strach. Miał ochotę niczym dziecko zamknąć oczy i powtarzać w głowie, że potwory zaraz znikną. Próbował pozbyć się strachu za wszelką cenę, lecz wszystko szło na próżno. Poczuł w okolicy łap dziwny chłód. Patrząc w tamtym kierunku zobaczył, jak łapy wadery zaczynają pokrywać się lodem. Wtedy dostrzegł na jej twarzy wycieńczenie. Bestie wciąż były przy nich, ale strach zniknął. Wiedział, że musi zabrać ją z tego miejsca jak najszybciej. Powoli składał skrzydła, by nie wydać nimi nawet najmniejszego dźwięku. Pomógł się podnieść Ascrasii i ruszył ostrożnie. Kiedy jego łapa spoczęła na gładkiej kości. Zobaczył usłany dywan szczątek. Byli w więzieniu. Zadrżał. Powoli ruszył dalej upewniając się, że on jak i wadera nie wydadzą żadnego, nawet najmniejszego hałasu. Miał wrażenie, że idzie wąską ścieżką już długie mile. Zmęczenie nawet mu zaczęło dawać siwe znaki, bał się myśleć w jakim stanie może być jego towarzyszka. Lewy bok wilka muskał surowy kamień. Dotykając go delikatnie, szedł wzdłuż ściany. Każdy korytarz dokądś prowadzi. Skoro jest wejście, musi być i wyjście. Wydawało mu się, że idzie bez końca, gdy nagle ściana zniknęła nieoczekiwanie, a Avaresh dostrzegł niedaleko rozbłyskujące światło. Gdzieś za sobą usłyszał stąpanie, ledwo słyszalne głosy, czy nawet krzyki. Wiedział, że to nie jest prawdziwe. Zła moc, którą wyczuwał, była na tyle blisko, że potępiała jego zmysły. Podchodził coraz bliżej, skrywając się w mroku. Cień w końcu się skończył, a Godark ukrył się z Ascrasią za potężną skałą. Zobaczył starszego mężczyznę. Miał długą siwą brodę, a cała skóra była pokryta zmarszczkami. Jego ciało było otoczone drogim materiałem, dodatkowo jego krój wskazywał na to, że jest magiem. Siedział przy lampie oliwnej pochylony nad największą księgą, jaką Avaresh kiedykolwiek widział. Było to opasłe tomisko o pożółkłych i porwanych stronicach, zapisanych niewyraźnym pismem, oprawione w wypłowiałą skórę. Po chwili przysłuchiwania się, zrozumiał, że to język Hughol, pradawnych mitycznych stworzeń. Były to wielkie czerwone demony, które w czasach jego młodości zostały zamknięte za piekielnymi wrotami Dulzdah, przez walecznych przodków. Słyszenie na nowo tego splugawionego języka wywoływał w Godarku ogromny gniew. Byli nieliczni zaledwie kilka setek, jedna moc jednego równała się z całą hordą. Hughol to dawniejsi Draenei przekupieni ogromną mocą demonów. Ich skóra przybrała piekielny kolor, a dusza została stracona. Ich celem było uporządkowanie wszechświata. Pustoszyli wszystko na swojej drodze, oszczędzali jedynie tych, którzy zgodzili im się służyć. Nie zapominając pokazać jak traktują tych, którzy im się sprzeciwią. Serce Avaresha jakby się rozdzierało, gdy przypomniał sobie widok nabitej głowy jego ojca na drewniany pal. Duma posiadania takiego rodziciela, nie równała się z siedzącym w nim cierpieniem. Wilk w pewnej chwili poczuł szturchnięcie i spojrzał w stronę towarzyszki. Ascrasia wyszeptała kilka słów i jego wzrok spoczął na niewielkim lewitującym kamieniu. Pod wpływem rytuału mężczyzny świeciły wyryte na nim runy, których odczytanie było niemożliwe dla Króla. Skutki jego ogromnej mocy, były ujawnione zaledwie kilka metrów dalej. Przez czerwone niczym krew promienie wychodziły to inne stworzenia. Minotaury, lizardy, ghoule, ludzie. A więc, znaleźli portal. Avaresh upewniając się, że są dobrze ukryci i zbadał stan wilczycy. Całe łapy były pokryte ciemnym jak smoła lodem. Musiał powstrzymać rytuał za wszelką cenę, lecz nie wyobrażał sobie, by tą ceną było życie Ascrasii. Zmarszczył brwi w głębokiej zadumie, co ma teraz poczynić. Do jego uszu doszedł głos maga, który stał się głośniejszy i bardziej intensywny. Kiedy spojrzał pod łapy, zauważył, że co drobniejsze kamyczki zaczynają podskakiwać, jakby w nostalgicznym błaganiu o pomoc. Powoli wszystko zaczynało drżeć. Avaresh poczuł ogromny ból, krainy Przymierza rozrywały się niczym płachty. Trzęsienie stało się tak silne, że Godark ledwo utrzymywał się na nogach.
- Głupcy! Wesprzyjcie ściany magią, jeśli jaskinia runie, nasz plan zostanie zrujnowany! - Wykrzyczał mężczyzna, a pod każdą ścianę podbiegł młody czarnoksiężnik. Wszyscy naraz z zamkniętymi oczami zaczęli coś szeptać. Takie efekty, są używania tego kamienia? Avaresh spojrzał na starca. W takim razie jakie szkody, musi wyrządzać w jego ciele? W głowie wilka znowu pojawiły się natarczywe szepty. Zacisną zęby i zaczął się szamotać. Kiedy na nowo odzyskał rozum spojrzał w stronę portalu. Zamarł. Nie potrafił się ruszyć, miał wrażenie, że jest w najgorszym koszmarze. Z portalu wyłonił się powoli wielki czerwony stwór, który wydał z siebie okropny okrzyk. Godark miał wrażenie, że w jego głowę wbiją się setki ostrzy. Dreszcze przeszły jego ciało. Prędko odwrócił się do wadery i zamieniając się człowieka wziął ją na ręce i ruszył biegiem przed siebie. Pragnął jak najszybciej powiadomić innych królów, jednak mroczna moc spowijająca to miejsce, uniemożliwiała mu kontakt telepatyczny. Co się teraz stanie? Hughol, najniebezpieczniejsze stworzenia jakie chodziły po tym świecie znowu wracają by siać zniszczenie. Czuł jak ziemia się rozstępuje. Natura, sama próbowała ostrzec Przymierze. To już nie była wojna, a apokalipsa.
<Ascrasia?>
Odkrycie:
Hughol

Strona: Imperium
Opis: Hughol to dawniejsi Draenei przekupieni ogromną mocą demonów. Ich skóra przybrała piekielny kolor, a dusza została stracona. Ich celem jest uporządkowanie wszechświata. Mężczyźni mają wąsopodobne macki wyrastające z ich bród oraz kościste czoła, wyrastające ponad krzywiznę czaszki. Posiadają oni również długie ogony, które w górze trzymane są przez silnie rozbudowane mięśnie. Kobiety dość znacznie się różnią: zamiast rozbudowanych czół posiadają raczej niewielkie, przypominające rogi wypustki, które wyrastają z obu stron czoła. Damskie macki wyrastają zza uszu i są na tyle długie, by sięgnąć ramion. Są one cieńsze, niż męskie macki. Podobnie ogony kobiet - są krótsze i nie tak umięśnione. U obu płci dostrzec można relatywnie małe kopyta, które kontrastują mocno z ogromnymi kopytami ich dobrych odpowiedników. Okolice ich oczu często pokryte są kościstymi kolcami. Odcień skóry pozostaje jedynie przy czerwieni. Po zamknięciu za piekielnymi wrotami Dulzdah wrócili z nieznanym surowcem, z którego wytwarzają niezwykle silne bronie i zbroje. Jedynym pozytywnym aspektem dla Przymierza, jest ich pycha, przez co tajemniczym kamieniem nie dzielą się z resztą Imperium.
Herb:

sobota, 11 lutego 2017
Od Avaresha C.D Dorian
- Przynajmniej wyrzuciłeś to z siebie - Powiedziałem miło, a kąciki ust chłopaka się chwilowo podniosły. Zrobiłem zdziwioną minę widząc dość niespodziewane zachowanie, na co on prędko odwrócił głowę i udawał, że nic takiego nie miało miejsca. Chciałem jakoś skomentować to co powiedział mi mężczyzna, chociaż byłem pewny, że będzie z tego powodu zły. - Robisz bardzo dużo dla Przymierza, dzięki Tobie oni wszyscy mogą cieszyć się spokojnym życiem. Spójrz tylko na ich rozradowane twarze, wolę widzieć takie, niż płacz i ból, gdyby byli uwięzieni w kajdanach. Mówisz, że ich to nie obchodzi, a jednak to robisz. Bo się martwisz... - Chciałem kontynuować, ale chłopak mi przerwał.
- Ja? Martwię się o tych.. tych.. - Zacisnął zęby powstrzymując się od wypowiedzenia jakiegoś obraźliwego słowa.
- Może o tym nie wiesz, ale w głębi serca tak jest. Tak naprawdę oni wszyscy są Ci wdzięczni. Nic nie jest idealne, ale pracujemy ciężko po to by dążyć do tego celu. - Skończyłem wypowiedź z uśmiechem na ustach.
- Pleciesz głupoty, nawet jakby sam król mi to powiedział, to nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia.. - Parsknął niezadowolony na co spojrzałem się na niego ze zdziwienie i zaśmiałem się gromko - A ty Arszeniku z czego się śmiejesz? - Wysyczał przez zęby.
- Z niczego.. chyba cie polubiłem - Uśmiechnąłem się promiennie, a chłopak przewrócił oczami zdając sobie sprawę na jak namolnego typa natrafił. W tym samym czasie do naszego stołu podszedł młodzieniec stawiając na klejącym się stole, dwa buliony.
- Niedługo przyniosę napoje - Powiedział krótko i odszedł. Pokiwałem głową zadowolony i powąchałem apetycznie pachnące danie. Dorian nie czekał długo na zaproszenie i od razu zaczął jeść. Ja sam rozejrzałem się, nie widząc dokładnie co uczynić. Nie przemyślałem tego. Jedzenie jako wilk stało się niewygodne odkąd mamy możliwość zmieniania się w człowieka. Ale jak się przemienię, to wszyscy mnie rozpoznają. Jestem zbyt popularny w swej ludzkiej formie. Niezbyt zachwycony zanurzyłem pysk w misce i zacząłem napełniać brzuch. Po kilku minutach oboje zostawiliśmy puste miski i wzięliśmy się za napoje, które przyniósł nam pracujący tu chłopak.
- Ale się najadłem - Powiedziałem zadowolony patrząc na chłopaka, który jedynie coś chrząknął pod nosem i odwrócił wzrok. Mając okazję dokładnie przyjrzałem się Dorianowi. Na piękną twarz opadały, grube i gęste rude włosy. Które, jak dla mnie podkreślały jego temperament. Grube, ale idealnie uformowane brwi wyrażały dokładnie kłębiące się w nim emocje. Co prawda delikatne, ale blade piegi dodawały mu trochę uroku. Myśląc o tym zacząłem się uśmiechać.
- Co się tak szczerzysz? - Fuknął kierując na mnie złote oczy
- Z tego co wiem robię to od samego początku - Odparłem przeciągając każdą sylabę. Chłopak już miał coś odpowiedzieć, gdy do naszego stolika podeszło trzech umięśnionych facetów. Może oprócz jednego.
- Mają panowie ochotę postawić nam piwo? - Uśmiechnął się drwiąco jeden z nich pokazując nieliczne zęby, które mu zostały. Automatycznie skierowałem wzrok na Doriana, wiedziałem, że to się dobrze nie skończy. Kiedy dostrzegłem jego rozgniewany wzrok westchnąłem wzruszając ramionami.
- Chyba sobie kpisz glizdo.. - Patrzyli sobie gniewnie w oczy. Mężczyzna podszedł bliżej.
- Paniątko pyskuje - Stwierdził - Czy to po mamie bękarcie? Kim ona była jakąś dziwką? Powiedz nam jej imię. Może kiedyś też ją miałem? - Zaśmiał się nam prosto w twarz. Chciałem wstać i powiedzieć, że to już za wiele, gdy nagle Dorian wywinął się i przygniótł butem stopę grubasa. Rozległ się okrzyk bólu, a towarzysze mężczyzny spojrzeli się z przerażeniem. Skoczył na grubasa, pchnął go, przewracając na ławkę i wylądował na jego piersi. Chwycił przeciwnika za gardło i zaczął walić jego głową o drewnianą podłogę. Dwaj towarzysze odciągnęli Doriana i rzucili na ziemię. Kiedy grubas wstał chciał kopnąć mężczyznę, jednak ten uniknął tego przez przeturlanie się.
- Przestańcie natychmiast! - Krzyknąłem złowrogo rozpościerając skrzydła, które rozdzieliły przeciwników. Mocny wiatr, który przy tym powstał zrzucił tancerki ze stołów i wszelkie kufle piwa, czy miski. Dorian wstał, a napastnicy mierzyli go groźnym wzrokiem.
- Co tu się dzieje? - Podbiegł do nas właściciel baru
- Takie kłótnie zostawcie poza stolicą, bo jeśli nie, to staną się też moimi kłótniami - Powiedziałem srogo karcąc wzrokiem całą czwórkę. Towarzyszący mi dotąd mężczyzna lekko się zdziwił widząc, ze potrafię tak naglę zmienić swój ton. Gruby mężczyzna pomacał swoją głowę i pokazał nam pokryte krwią palce. Splunął na ziemię i skierował się do wyjścia wraz z jego bandą.
- Wszystko w porządku? - Podszedłem do Doriana zmartwiony, jednak nie widząc na jego ciele żadnych okaleczeń. Nim zdążył mi jakkolwiek odpowiedzieć, rzucił się w moim kierunku właściciel tej speluny.
- Co wy sobie szczeniaki myślicie?! - Wykrzyczał wręcz plując mi w twarz. Otarłem łapą pysk i spojrzałem się z uśmiechem na mężczyznę.
- Zapłacę za wszystkie szkody - Odparłem
- Taaa zapłacisz!? Niby z czego?! Nie wezmę kradzionych pieniędzy! - Jego głos miał coraz wyższy ton.
- Proszę - Dałem mu dużą sakiewkę, w które było o wiele więcej niż kosztowały jakiekolwiek zaistniałe tu szkody. Zrobiłem, to gdyż chciałem jak najszybciej zakończyć tę dyskusję.
- Miło z panem robi się interesy - Zaśmiał się pod nosem podrzucając sakiewkę, na co się uśmiechnąłem i odwróciłem do towarzysza, którego gniewny wzrok spoczywał na mojej osobie.
<Dorian? Wybacz, że tak długo, ale brak wolnego czasu. W dodatku mam nadzieję, że dobrze odwzorowałem charakter twojej postaci>
- Ja? Martwię się o tych.. tych.. - Zacisnął zęby powstrzymując się od wypowiedzenia jakiegoś obraźliwego słowa.
- Może o tym nie wiesz, ale w głębi serca tak jest. Tak naprawdę oni wszyscy są Ci wdzięczni. Nic nie jest idealne, ale pracujemy ciężko po to by dążyć do tego celu. - Skończyłem wypowiedź z uśmiechem na ustach.
- Pleciesz głupoty, nawet jakby sam król mi to powiedział, to nie zrobiłoby to na mnie większego wrażenia.. - Parsknął niezadowolony na co spojrzałem się na niego ze zdziwienie i zaśmiałem się gromko - A ty Arszeniku z czego się śmiejesz? - Wysyczał przez zęby.
- Z niczego.. chyba cie polubiłem - Uśmiechnąłem się promiennie, a chłopak przewrócił oczami zdając sobie sprawę na jak namolnego typa natrafił. W tym samym czasie do naszego stołu podszedł młodzieniec stawiając na klejącym się stole, dwa buliony.
- Niedługo przyniosę napoje - Powiedział krótko i odszedł. Pokiwałem głową zadowolony i powąchałem apetycznie pachnące danie. Dorian nie czekał długo na zaproszenie i od razu zaczął jeść. Ja sam rozejrzałem się, nie widząc dokładnie co uczynić. Nie przemyślałem tego. Jedzenie jako wilk stało się niewygodne odkąd mamy możliwość zmieniania się w człowieka. Ale jak się przemienię, to wszyscy mnie rozpoznają. Jestem zbyt popularny w swej ludzkiej formie. Niezbyt zachwycony zanurzyłem pysk w misce i zacząłem napełniać brzuch. Po kilku minutach oboje zostawiliśmy puste miski i wzięliśmy się za napoje, które przyniósł nam pracujący tu chłopak.
- Ale się najadłem - Powiedziałem zadowolony patrząc na chłopaka, który jedynie coś chrząknął pod nosem i odwrócił wzrok. Mając okazję dokładnie przyjrzałem się Dorianowi. Na piękną twarz opadały, grube i gęste rude włosy. Które, jak dla mnie podkreślały jego temperament. Grube, ale idealnie uformowane brwi wyrażały dokładnie kłębiące się w nim emocje. Co prawda delikatne, ale blade piegi dodawały mu trochę uroku. Myśląc o tym zacząłem się uśmiechać.
- Co się tak szczerzysz? - Fuknął kierując na mnie złote oczy
- Z tego co wiem robię to od samego początku - Odparłem przeciągając każdą sylabę. Chłopak już miał coś odpowiedzieć, gdy do naszego stolika podeszło trzech umięśnionych facetów. Może oprócz jednego.
- Mają panowie ochotę postawić nam piwo? - Uśmiechnął się drwiąco jeden z nich pokazując nieliczne zęby, które mu zostały. Automatycznie skierowałem wzrok na Doriana, wiedziałem, że to się dobrze nie skończy. Kiedy dostrzegłem jego rozgniewany wzrok westchnąłem wzruszając ramionami.
- Chyba sobie kpisz glizdo.. - Patrzyli sobie gniewnie w oczy. Mężczyzna podszedł bliżej.
- Paniątko pyskuje - Stwierdził - Czy to po mamie bękarcie? Kim ona była jakąś dziwką? Powiedz nam jej imię. Może kiedyś też ją miałem? - Zaśmiał się nam prosto w twarz. Chciałem wstać i powiedzieć, że to już za wiele, gdy nagle Dorian wywinął się i przygniótł butem stopę grubasa. Rozległ się okrzyk bólu, a towarzysze mężczyzny spojrzeli się z przerażeniem. Skoczył na grubasa, pchnął go, przewracając na ławkę i wylądował na jego piersi. Chwycił przeciwnika za gardło i zaczął walić jego głową o drewnianą podłogę. Dwaj towarzysze odciągnęli Doriana i rzucili na ziemię. Kiedy grubas wstał chciał kopnąć mężczyznę, jednak ten uniknął tego przez przeturlanie się.
- Przestańcie natychmiast! - Krzyknąłem złowrogo rozpościerając skrzydła, które rozdzieliły przeciwników. Mocny wiatr, który przy tym powstał zrzucił tancerki ze stołów i wszelkie kufle piwa, czy miski. Dorian wstał, a napastnicy mierzyli go groźnym wzrokiem.
- Co tu się dzieje? - Podbiegł do nas właściciel baru
- Takie kłótnie zostawcie poza stolicą, bo jeśli nie, to staną się też moimi kłótniami - Powiedziałem srogo karcąc wzrokiem całą czwórkę. Towarzyszący mi dotąd mężczyzna lekko się zdziwił widząc, ze potrafię tak naglę zmienić swój ton. Gruby mężczyzna pomacał swoją głowę i pokazał nam pokryte krwią palce. Splunął na ziemię i skierował się do wyjścia wraz z jego bandą.
- Wszystko w porządku? - Podszedłem do Doriana zmartwiony, jednak nie widząc na jego ciele żadnych okaleczeń. Nim zdążył mi jakkolwiek odpowiedzieć, rzucił się w moim kierunku właściciel tej speluny.
- Co wy sobie szczeniaki myślicie?! - Wykrzyczał wręcz plując mi w twarz. Otarłem łapą pysk i spojrzałem się z uśmiechem na mężczyznę.
- Zapłacę za wszystkie szkody - Odparłem
- Taaa zapłacisz!? Niby z czego?! Nie wezmę kradzionych pieniędzy! - Jego głos miał coraz wyższy ton.
- Proszę - Dałem mu dużą sakiewkę, w które było o wiele więcej niż kosztowały jakiekolwiek zaistniałe tu szkody. Zrobiłem, to gdyż chciałem jak najszybciej zakończyć tę dyskusję.
- Miło z panem robi się interesy - Zaśmiał się pod nosem podrzucając sakiewkę, na co się uśmiechnąłem i odwróciłem do towarzysza, którego gniewny wzrok spoczywał na mojej osobie.
<Dorian? Wybacz, że tak długo, ale brak wolnego czasu. W dodatku mam nadzieję, że dobrze odwzorowałem charakter twojej postaci>
Od Avaresha C.D Tytanii
Początkowo zmarszczyłem brwi i przypatrywałem się badawczo waderze.
- Rozgryzłaś mnie - Zaśmiałem się gromko - Nie jestem dobry w udawaniu kimś, kim nie jestem. Ale nie miałem na celu wprowadzenia cię w błąd, raczej nie lubię ujawniać mojej tożsamości. Mało kto jak już wspomniałaś ma podejście takie jak ty, nikt nie rozmawia szczerze z królem z obawy na powiedzenie czegoś nieodpowiedniego. Rozmowa z kimś kto włada tymi ziemiami może być dla wielu zbyt ciężka, co innego jest, gdy rozmawiasz z kimś równym sobie. - Przerwałem chwilowo kierując na nią szorstki wzrok - Jednak nazywanie swoich braci podlizywaczami to niegrzeczne zachowanie. Ci którzy czyszczą moje skrzydła dbają o to bym mógł latać - Spojrzałem w niebo - Ci co wspierają mnie miłym słowem, dbają o to bym nie upadł. Ci którzy idą za mną uznają we mnie władcę - Zacząłem podchodzić do wadery, która przełknęła nieznacznie ślinę - Ci, którzy wypowiadają z dumną me imię... - Byłem zaledwie kilka centymetrów od niej - Dodają mi siły.. - Wyszeptałem z uśmiechem na ustach - Każdy ma tutaj swą rolę, mniej lub bardziej ważną. Teraz twoja kolej, staniesz za mną? - Zapytałem z całej siły rozpościerając wielkie skrzydła i wzbijając w powietrze chmurę kurzu. Wadera zakasłała lekko i nagle w jej oczach pojawiło się głębokie zdziwienie. Dostrzegła za mną coś, co jest moją siłą. - Ja trzymam ich wszystkich w sercach - Uśmiechnąłem się patrząc za siebie, wiatr pomógł mi utrzymać drobinki piasku w pustej przestrzeni. Przed nami objawił się obraz wszystkich twarzy, które spotkałem w moim królestwie. Wśród nich byli nie tylko wojownicy, ale także Ci, których inni uważają za "nieznaczących". Mała dziewczynka, która podarowała mi kwiat róży, gdy bezcelowo podróżowałem po mieście szukając swojego miejsca. Stary wilk, który mimo braku łapy ruszył za mną do bitwy. Nienawidzony przez wszystkich młodzieniec, który teraz jest dla mnie ja syn i służy mi jako szpieg. Każdy ma znaczenie. Spojrzałem na kobietę, której wyraz twarzy nadał wyjawiał głębokie zadziwienie. Poruszyłem mocno skrzydłem i rozproszyłem piach. Podszedłem do dziewczyny.
- To nie będzie potrzebne - Wyszeptałem patrząc na kartkę, którą trzymała w ręku. Zaczęła płonąć.
- Co ty robisz?! - Wykrzyknęła opuszczając ją i natarczywie stawiając raz na raz na niej nogę, w celu ugaszenia skrawka papieru.
~ Dam Ci moją obietnicę ~ Kobieta spojrzała na mnie zszokowana, gdy zrozumiała, że porozumiewamy się telepatycznie.
~ Tak Panie? ~ W naszych głowach rozbrzmiał głos jednej z członkiń sowiego gniazda.
~ Potrzebuję zawarcia umowy ~ Wytłumaczyłem.
~ Jak sobie życzysz... ~ Przed naszymi osobami rozświetlił się złoty krąg ~ Powiedzcie, teraz czego dotyczy umowa i jakie są jej warunki ~ Dodała
~ Ja Avaresh Godark, król Wilkołaków, obiecuję podarować Tytanii Cortez kawałek ziemi w dowolnej części Przymierza, pod warunkiem zdradzenia mi znanych jej informacji na temat Imperium... ~ Dokończyłem
~ Jaką wymierzasz karę, jeśli nie dotrzymasz słowa? ~ Zapytała sowa
~ ... Śmierć ~ Przekazałem informację, przez co połączenie telepatyczne zaczęło chwilami przerywać. Łącząca nas członkini sowiego gniazda, była zszokowana. Wiedziała, że jeśli Tytania nie powie mi nic na temat Imperium czeka mnie śmierć, a jej nic się nie stanie. Było to zwyczajnie szalone, nawet zatajenie przez niej najmniejszej informacji, może odebrać mi mój żywot. Patrzyłem na kobietę, nie wyglądała na przejętą, nie znała zasad przyjmowania takiego paktu, dzięki czemu uśmiechnąłem się do niej miło. Nagle przed nami rozbłysło światło.
~ Zawarliście umowę ~ Usłyszałem już ostatni przekaz w mojej głowie i jakakolwiek obecność z niej zniknęła.
- Co to było? - Zapytała analizując wszystko co się przed chwilą stało.
- Zawarliśmy układ za pomocą magii - Powiedziałem miło - Jest on twarlszy nawet od papieru - Zachichotałem na co kobieta spojrzała na mnie podejrzanie
- Rozumiem, jednak niepokoi mnie kara za niedotrzymanie słowa.. - przerwała chwilowo, jakby bała się słowa, które zaraz wypowie - Śmierć..
- Czyżbyś nie miała w planie wyjawienia mi wszystkiego? - Zapytałem podnosząc jedną brew i zamieniłem się w muskularnego mężczyznę, mającego skrzyżowane ręce na klatce piersiowej. Dziewczyna lekko się skrzywiła.
- Nie.. - Wydusiła
- To dobrze - Uśmiechnąłem się miło - A więc nie ma żadnych przeszkód, byśmy przeszli już do formalności - Rozejrzałem się wokół, nie wyczuwałem nikogo - Chyba ze wolisz porozmawiać w przytulniejszym miejscu?
< Tytania? >
- Rozgryzłaś mnie - Zaśmiałem się gromko - Nie jestem dobry w udawaniu kimś, kim nie jestem. Ale nie miałem na celu wprowadzenia cię w błąd, raczej nie lubię ujawniać mojej tożsamości. Mało kto jak już wspomniałaś ma podejście takie jak ty, nikt nie rozmawia szczerze z królem z obawy na powiedzenie czegoś nieodpowiedniego. Rozmowa z kimś kto włada tymi ziemiami może być dla wielu zbyt ciężka, co innego jest, gdy rozmawiasz z kimś równym sobie. - Przerwałem chwilowo kierując na nią szorstki wzrok - Jednak nazywanie swoich braci podlizywaczami to niegrzeczne zachowanie. Ci którzy czyszczą moje skrzydła dbają o to bym mógł latać - Spojrzałem w niebo - Ci co wspierają mnie miłym słowem, dbają o to bym nie upadł. Ci którzy idą za mną uznają we mnie władcę - Zacząłem podchodzić do wadery, która przełknęła nieznacznie ślinę - Ci, którzy wypowiadają z dumną me imię... - Byłem zaledwie kilka centymetrów od niej - Dodają mi siły.. - Wyszeptałem z uśmiechem na ustach - Każdy ma tutaj swą rolę, mniej lub bardziej ważną. Teraz twoja kolej, staniesz za mną? - Zapytałem z całej siły rozpościerając wielkie skrzydła i wzbijając w powietrze chmurę kurzu. Wadera zakasłała lekko i nagle w jej oczach pojawiło się głębokie zdziwienie. Dostrzegła za mną coś, co jest moją siłą. - Ja trzymam ich wszystkich w sercach - Uśmiechnąłem się patrząc za siebie, wiatr pomógł mi utrzymać drobinki piasku w pustej przestrzeni. Przed nami objawił się obraz wszystkich twarzy, które spotkałem w moim królestwie. Wśród nich byli nie tylko wojownicy, ale także Ci, których inni uważają za "nieznaczących". Mała dziewczynka, która podarowała mi kwiat róży, gdy bezcelowo podróżowałem po mieście szukając swojego miejsca. Stary wilk, który mimo braku łapy ruszył za mną do bitwy. Nienawidzony przez wszystkich młodzieniec, który teraz jest dla mnie ja syn i służy mi jako szpieg. Każdy ma znaczenie. Spojrzałem na kobietę, której wyraz twarzy nadał wyjawiał głębokie zadziwienie. Poruszyłem mocno skrzydłem i rozproszyłem piach. Podszedłem do dziewczyny.
- To nie będzie potrzebne - Wyszeptałem patrząc na kartkę, którą trzymała w ręku. Zaczęła płonąć.
- Co ty robisz?! - Wykrzyknęła opuszczając ją i natarczywie stawiając raz na raz na niej nogę, w celu ugaszenia skrawka papieru.
~ Dam Ci moją obietnicę ~ Kobieta spojrzała na mnie zszokowana, gdy zrozumiała, że porozumiewamy się telepatycznie.
~ Tak Panie? ~ W naszych głowach rozbrzmiał głos jednej z członkiń sowiego gniazda.
~ Potrzebuję zawarcia umowy ~ Wytłumaczyłem.
~ Jak sobie życzysz... ~ Przed naszymi osobami rozświetlił się złoty krąg ~ Powiedzcie, teraz czego dotyczy umowa i jakie są jej warunki ~ Dodała
~ Ja Avaresh Godark, król Wilkołaków, obiecuję podarować Tytanii Cortez kawałek ziemi w dowolnej części Przymierza, pod warunkiem zdradzenia mi znanych jej informacji na temat Imperium... ~ Dokończyłem
~ Jaką wymierzasz karę, jeśli nie dotrzymasz słowa? ~ Zapytała sowa
~ ... Śmierć ~ Przekazałem informację, przez co połączenie telepatyczne zaczęło chwilami przerywać. Łącząca nas członkini sowiego gniazda, była zszokowana. Wiedziała, że jeśli Tytania nie powie mi nic na temat Imperium czeka mnie śmierć, a jej nic się nie stanie. Było to zwyczajnie szalone, nawet zatajenie przez niej najmniejszej informacji, może odebrać mi mój żywot. Patrzyłem na kobietę, nie wyglądała na przejętą, nie znała zasad przyjmowania takiego paktu, dzięki czemu uśmiechnąłem się do niej miło. Nagle przed nami rozbłysło światło.
~ Zawarliście umowę ~ Usłyszałem już ostatni przekaz w mojej głowie i jakakolwiek obecność z niej zniknęła.
- Co to było? - Zapytała analizując wszystko co się przed chwilą stało.
- Zawarliśmy układ za pomocą magii - Powiedziałem miło - Jest on twarlszy nawet od papieru - Zachichotałem na co kobieta spojrzała na mnie podejrzanie
- Rozumiem, jednak niepokoi mnie kara za niedotrzymanie słowa.. - przerwała chwilowo, jakby bała się słowa, które zaraz wypowie - Śmierć..
- Czyżbyś nie miała w planie wyjawienia mi wszystkiego? - Zapytałem podnosząc jedną brew i zamieniłem się w muskularnego mężczyznę, mającego skrzyżowane ręce na klatce piersiowej. Dziewczyna lekko się skrzywiła.
- Nie.. - Wydusiła
- To dobrze - Uśmiechnąłem się miło - A więc nie ma żadnych przeszkód, byśmy przeszli już do formalności - Rozejrzałem się wokół, nie wyczuwałem nikogo - Chyba ze wolisz porozmawiać w przytulniejszym miejscu?
< Tytania? >
niedziela, 5 lutego 2017
Od Avaresha C.D Dorian
Otrzymałem kolejną wiadomość na temat więźnia. Schwytali człowieka, podczas walki i oszczędzili jego życie. Został wrzucony do jednego z pięciu pilnie strzeżonych lochów. Są one rozmieszczone po całym terenie Przymierza. Jedno znajduje się w Runtah, całkiem niedaleko naszej stolicy. Kolejne znaleźć można w Moung Ghol, Antivie, Crystalsong Forest oraz Areherland. Ja sprawuję pieczę nad dwoma z nich, przez co muszę sprawdzać każdego nowego więźnia. Wciągnąłem do płuc mroźne powietrze. Spojrzałem na ciągnące się przede mną łańcuchy górskie. Postrzępione chmury kłębiły się wzdłuż szczytów. Znowu wyruszyłem sam, Alola nie będzie z tego zadowolona. Poruszyłem barkami robiąc nimi kilka kółek w celu pozbycia się bólów pleców. Bezcelowe i bezużyteczne, tylko kretyn pomyślałby, że to może zadziałać.
- Chyba czas na przerwę.. - Wyszeptałem siadając na kamieniu i zapalając fajkę. Powoli zacząłem uspakajać oddech i bicie serca. Wędrówka trwa już parę dobrych godzin, co wywołało silne zmęczenie. Zazgrzytałem delikatnie zębami, płaszcz którym się okryłem nie był zbyt ciepły. Wsadziłem fajkę do ust, a dłońmi potarłem energicznie swoje barki. Wejście do więzienia, było zaledwie paręnaście metrów przede mną. W takim stanie za cholerę nie pomyślą, że jestem królem. Zaśmiałem się do siebie i wystukałem fajkę o kamień, chowając ją. Zaczesałem dłońmi włosy do tyłu i podszedłem do ciemnej dziury. Straże są dopiero tam niżej. Złapałem się za kark przy okazji rozglądając. Przekręciłem mozolnie oczami i zacząłem schodzić w dół, prosto w serce uroczyska jaskini. Miałem wrażenie, że krąg w który wchodzę wygląda niczym rozwarta szczęka rekina. Przy okazji aktywowałem tryb bojowy. Oczy zmieniły kolor. Jedno stało się zielone, drugie fioletowe. Bez słowa schodziłem coraz niżej i niżej. Nie było to zbyt przyjemne uczucie. Mrok i wilgotne ściany. Wzdrygnąłem się, gdy moja noga nie trafiła na żadne podłoże, w ostatniej chwili się podtrzymałem rękoma, by nie upaść.
- Było blisko.. - Poczułem pot spływający po moim czole.
- Kto tam jest?! - Mrok nagle rozświetlił ciepły płomień pochodni - Kim jesteś szczeniaku?! - Wrzasnął wściekle, na co się uśmiechnąłem i przeskoczyłem ukryta pułapkę, przy okazji ujawniając moją twarz.
- Królu.. przepraszam, nie wiedziałem... - Skłonił się nisko
- Nie zamartwiaj się tym - Powiedziałem każąc mu się wyprostować i prowadzić do więźnia. Wielkie stalowe wrota się otworzyły. Przede mną przesuwały się skalne ściany, smagane tylko słabym blaskiem płomyków. Kiedy znalazłem się przed kratami, spojrzałem wgłąb celi. Mrok. Złamany słabym, migotliwym światłem kaganów. Mężczyzna siedział ze splecionymi nogami, nagi, na zimnym kamieniu. Na ciele miał liczne rany. Nie raz im mówiłem, by tak nie postępowali, nie jesteśmy bestiami, którzy ranią innych. Dziecięcy pogląd, zwracając uwagę na fakt, że jest teraz wojna.
- Jak cię zwą? - Mój głos odbił się echem od sklepienia, jednak nie dostałem odpowiedzi.
- Niech król się nie wysila, nic nie powie.. - Usłyszałem skrzypiący głos za sobą. Strażnik stał z nienawiścią patrząc na więźnia, był wilkołakiem. Plujemy na siebie jadem, a nie próbujemy zrozumiem. Skrzywiłem się i kazałem mu odejść. Początkowo nie ustał na to, jednak szybko go przekonałem. Kiedy oddalił się w stronę wyjścia, usłyszałem zgrzytliwy i szorstki szept. Spojrzałem na więźnia i próbowałem usłyszeć, co próbuje powiedzieć.
- Spalić ich wszystkich... - Wydusił pod ustami i zacząłem coś mruczeć. Kiedy usłyszałem co wydostaje się z jego ust prędko oddaliłem się od tego miejsca i kiedy mijałem strażnika...
- Zabij go.. - Warknąłem. Wspinałem się na zewnątrz w ciszy. W głowie dudnił mi głuchy, rytmiczny, szarpiący nerwy bęben. Słyszałem chrzęst żelaza i szuranie tysięcy par ciężkich butów. W mroku zaczęły obracać się koła i kosy. Poczułem coś mokrego. Spojrzałem na dłoń i zobaczyłem krew. Miałem ochotę krzyczeć, i w zaledwie kilak sekund znalazłem się na powierzchni, leżąc twarzą w śniegu. Nie mogłem uspokoić bicia serca. Spojrzałem na drżące ręce. Ani kropli krwi. Wspomnienia? Przecież.. Zdenerwowany złapałem w dłonie śnieg i wtarłem sobie w głowę. Położyłem się i spojrzałem w błękitne niebo. Czas, kontynuować upartą wędrówkę. Wstałem uświadamiając sobie, że moje nogi jeszcze drżą. Zacisnąłem zęby i skierowałem się w stronę stolicy.
~~~
Zmęczony przemieniłem się w wilka i schowałem w głębi jednego z barów. Akurat trwały w nim liczne zabawy. Tancerze lśnili migotliwym blaskiem, mieli gładkie i wygolone ciała pokryte cienką warstwą oliwy. Grupa ludzi grała na instrumentach, a skromnie ubrane tancerki skakały z stolika na stolik. Blask ognia odbijał się od naoliwionych kończyn. Od przedstawienia odciągnął mnie mężczyzna, który się do mnie dosiadł. Dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie nie zauważył. Kiedy jego wzrok spoczął na mojej osobie uśmiechnąłem się przyjaźnie. Rzucił mi groźne spojrzenie, na które walczyliśmy parę dobrych minut i odwrócił głowę. Mężczyzna próbował wezwać chłopaczka, który tu pracuje jednak ruch był zbyt duży. Zrezygnował i podparł podbródek o dłoń, która była pokryta krwią. Mężczyzna trochę spanikował i schował ją pod stół. Spojrzałem na niego pytająco, a on fuknął coś pod nosem i chciał odejść.
- Co się stało? - Zapytałem miło
- Nie twój interes - Mruknął niezadowolony
- Prawda - Pokiwałem głową i zamieniłem się w człowieka po czym zrobiłem ten sam chwyt co mężczyzna i położyłem lekko przechyloną głowę na dłoni. - Ale miło czasami z kimś porozmawiać - Uśmiechnąłem się zadowolony
< Wybacz, kompletnie nie miałem pojęcia, czy twoja postać przypadkiem mnie nie zagryzie xD>
- Chyba czas na przerwę.. - Wyszeptałem siadając na kamieniu i zapalając fajkę. Powoli zacząłem uspakajać oddech i bicie serca. Wędrówka trwa już parę dobrych godzin, co wywołało silne zmęczenie. Zazgrzytałem delikatnie zębami, płaszcz którym się okryłem nie był zbyt ciepły. Wsadziłem fajkę do ust, a dłońmi potarłem energicznie swoje barki. Wejście do więzienia, było zaledwie paręnaście metrów przede mną. W takim stanie za cholerę nie pomyślą, że jestem królem. Zaśmiałem się do siebie i wystukałem fajkę o kamień, chowając ją. Zaczesałem dłońmi włosy do tyłu i podszedłem do ciemnej dziury. Straże są dopiero tam niżej. Złapałem się za kark przy okazji rozglądając. Przekręciłem mozolnie oczami i zacząłem schodzić w dół, prosto w serce uroczyska jaskini. Miałem wrażenie, że krąg w który wchodzę wygląda niczym rozwarta szczęka rekina. Przy okazji aktywowałem tryb bojowy. Oczy zmieniły kolor. Jedno stało się zielone, drugie fioletowe. Bez słowa schodziłem coraz niżej i niżej. Nie było to zbyt przyjemne uczucie. Mrok i wilgotne ściany. Wzdrygnąłem się, gdy moja noga nie trafiła na żadne podłoże, w ostatniej chwili się podtrzymałem rękoma, by nie upaść.
- Było blisko.. - Poczułem pot spływający po moim czole.
- Kto tam jest?! - Mrok nagle rozświetlił ciepły płomień pochodni - Kim jesteś szczeniaku?! - Wrzasnął wściekle, na co się uśmiechnąłem i przeskoczyłem ukryta pułapkę, przy okazji ujawniając moją twarz.
- Królu.. przepraszam, nie wiedziałem... - Skłonił się nisko
- Nie zamartwiaj się tym - Powiedziałem każąc mu się wyprostować i prowadzić do więźnia. Wielkie stalowe wrota się otworzyły. Przede mną przesuwały się skalne ściany, smagane tylko słabym blaskiem płomyków. Kiedy znalazłem się przed kratami, spojrzałem wgłąb celi. Mrok. Złamany słabym, migotliwym światłem kaganów. Mężczyzna siedział ze splecionymi nogami, nagi, na zimnym kamieniu. Na ciele miał liczne rany. Nie raz im mówiłem, by tak nie postępowali, nie jesteśmy bestiami, którzy ranią innych. Dziecięcy pogląd, zwracając uwagę na fakt, że jest teraz wojna.
- Jak cię zwą? - Mój głos odbił się echem od sklepienia, jednak nie dostałem odpowiedzi.
- Niech król się nie wysila, nic nie powie.. - Usłyszałem skrzypiący głos za sobą. Strażnik stał z nienawiścią patrząc na więźnia, był wilkołakiem. Plujemy na siebie jadem, a nie próbujemy zrozumiem. Skrzywiłem się i kazałem mu odejść. Początkowo nie ustał na to, jednak szybko go przekonałem. Kiedy oddalił się w stronę wyjścia, usłyszałem zgrzytliwy i szorstki szept. Spojrzałem na więźnia i próbowałem usłyszeć, co próbuje powiedzieć.
- Spalić ich wszystkich... - Wydusił pod ustami i zacząłem coś mruczeć. Kiedy usłyszałem co wydostaje się z jego ust prędko oddaliłem się od tego miejsca i kiedy mijałem strażnika...
- Zabij go.. - Warknąłem. Wspinałem się na zewnątrz w ciszy. W głowie dudnił mi głuchy, rytmiczny, szarpiący nerwy bęben. Słyszałem chrzęst żelaza i szuranie tysięcy par ciężkich butów. W mroku zaczęły obracać się koła i kosy. Poczułem coś mokrego. Spojrzałem na dłoń i zobaczyłem krew. Miałem ochotę krzyczeć, i w zaledwie kilak sekund znalazłem się na powierzchni, leżąc twarzą w śniegu. Nie mogłem uspokoić bicia serca. Spojrzałem na drżące ręce. Ani kropli krwi. Wspomnienia? Przecież.. Zdenerwowany złapałem w dłonie śnieg i wtarłem sobie w głowę. Położyłem się i spojrzałem w błękitne niebo. Czas, kontynuować upartą wędrówkę. Wstałem uświadamiając sobie, że moje nogi jeszcze drżą. Zacisnąłem zęby i skierowałem się w stronę stolicy.
~~~
Zmęczony przemieniłem się w wilka i schowałem w głębi jednego z barów. Akurat trwały w nim liczne zabawy. Tancerze lśnili migotliwym blaskiem, mieli gładkie i wygolone ciała pokryte cienką warstwą oliwy. Grupa ludzi grała na instrumentach, a skromnie ubrane tancerki skakały z stolika na stolik. Blask ognia odbijał się od naoliwionych kończyn. Od przedstawienia odciągnął mnie mężczyzna, który się do mnie dosiadł. Dopiero po chwili zrozumiałem, że mnie nie zauważył. Kiedy jego wzrok spoczął na mojej osobie uśmiechnąłem się przyjaźnie. Rzucił mi groźne spojrzenie, na które walczyliśmy parę dobrych minut i odwrócił głowę. Mężczyzna próbował wezwać chłopaczka, który tu pracuje jednak ruch był zbyt duży. Zrezygnował i podparł podbródek o dłoń, która była pokryta krwią. Mężczyzna trochę spanikował i schował ją pod stół. Spojrzałem na niego pytająco, a on fuknął coś pod nosem i chciał odejść.
- Co się stało? - Zapytałem miło
- Nie twój interes - Mruknął niezadowolony
- Prawda - Pokiwałem głową i zamieniłem się w człowieka po czym zrobiłem ten sam chwyt co mężczyzna i położyłem lekko przechyloną głowę na dłoni. - Ale miło czasami z kimś porozmawiać - Uśmiechnąłem się zadowolony
< Wybacz, kompletnie nie miałem pojęcia, czy twoja postać przypadkiem mnie nie zagryzie xD>
wtorek, 31 stycznia 2017
Od Avaresha C.D Tytanii
Spojrzałem w dół urwiska. Mrok. A z mroku wyłania się plątanina korzeni jak oszalałe drzewo, które wspięło się ponad całą puszczę. Kamienne drzewo, zwieńczone koroną spiczastych baszt, kryształów, blanków i balkonów. Twierdza, wielka wieża z najcenniejszym kamieniem naszego sojuszu na samym jego szczycie. Staliśmy centralnie nad główną stolicą Królestwa Kotowatych. Miasto zbudowane w dużej większość z drewna, by żyć godnie z naturą, wydawało się ciemne i puste. Wręcz porzucone. Jednak był to tylko pozór. Doświadczony żołnierz wiedział, że w mroku czają się dzikie koty, gotowe bronić swej stolicy. Nagle coś rozbłyska jasnym światłem, liczne punkciki pojawiły się tworząc ścieżki we wszystkie strony świata. Drobne kryształy służyły jako lampy na drogach i wskazywały bezpieczną drogę. Panicznie biegający człowiek po nocy, widząc je może odetchnąć z ulgą, wiedząc, że nie musi się już bać.
- Powiadają, że Królowa Sei jest tak naprawdę duchem rządnym zemsty. A istnieje tylko dlatego, gdyż wiele lat temu po dokonaniu swej najbardziej upragnionej zemsty zobaczyła przyszłość swego ludu, bez jej dowództwa. Jednak zanim to nastąpiło, wiedząc, że dokonała tego czego chciała była już zmęczona życiem jako męczenniczka. Tylko jedna rzecz mogła ją zniszczyć. Rzucenie się z Lodowej góry na metalowe szpice przesiąknięte straszliwą klątwą śmierci. Podczas jej przygotowań do tego rytuału przyszedł do niej mędrzec. Przepowiedział królowej, że bez niej, jej lud nie da sobie rady. Biorąc to za zwykłe seplenienie bezdomnego rzuciła się w przepaść. Wtedy przed jej oczami ukazała się cała przyszłość bez jej dowództwa. Większość poddanych jak i wojowników została wymordowana przez Satyry i Pająki. Resztka, która została przy życiu została wykorzystana do inwazji sił Przymierza. Kiedy szala się przeciwko nam odwróciła, oglądaliśmy jak nasze domy płoną żywym ogniem. Zrozpaczeni, nie mogliśmy już walczyć, byliśmy bezbronni, przerażeni. Uciekając od życia jako niewolnicy Imperium i od brutalnej śmierci, rzucaliśmy się w oszalałe płomienie. Powiadają, że po przebiciu ciała Sei przez szpice, znalazła się w ciemnej próżni, gdzie zaznała tylko przerażenia, chłodu, rozpaczy, strachu i żalu. Tam odnalazła duszę tego, na którym się zemściła, ale jego postać była przedstawiona pod ciałem małego bezbronnego chłopca. Patrząc na człowieka, przez którego tyle wycierpiała, Sei przyznała, że jej dusza nie jest już rozbita i może ona czuć litość dla niego mimo tego co zrobił - Dostrzegłem w oczach wadery błysk zaciekawienia - Jednak powróciła i do tej pory sprawuje rządy, pilnując by jej lud, jak i całe Przymierze, żyło w dostatku. - By dokończyć historię z lekkim dreszczykiem pokazałem wilczycy by spojrzała na sam dół urwiska. Zdezorientowana skierowała tam wzrok i jej sierść stanęła dęba.
- Stalowe szpice... - Wyszeptała, na co się lekko uśmiechnąłem i przywdziałem minę poważnego człowieka. - Więc tutaj była ta lodowa góra? - Zadała pytanie jakby do siebie, jednak nie odpowiedziałem na nie, tylko zacząłem mówić na temat, który mnie ty przywiódł.
- Wybacz, że cię wystraszyłem na początku, lecz musimy porozmawiać - Powiedziałem wypinając pierś do przodu, a na wilczycy zatrzymując jasno-błękitne oczy - Poinformowano mnie, że jesteś w tej okolicy, a także, że odeszłaś z Imperium.. - Chciałem mówić, dalej jednak wadera zaczęła się bronić.
- Chyba wiem do czego zmierzasz.. - Zmarszczyła brwi - Nie ufacie mi? W dodatku po co Ci te informacje? Skąd mam wiedzieć, że sam nie jesteś od Imperium - Oczekiwała odpowiedzi na wszystkie jej pytania
- Opowieść, którą Ci właśnie przedstawiłem znają tylko nieliczni... starsi i oddani członkowie Przymierza - Podniosłem kąciki ust - Muszę się dowiedzieć, coś na temat przeciwnika, inaczej trudno mi będzie bronić naszego sojuszu - Te słowa wypowiedziałem, z poważną mimiką twarzy
- Bronić? Uważasz się w takim razie za kogoś tak ważnego, odgrywającego dla Przymierza, tak wielką rolę? - Zapytała kpiąco dokładnie się we mnie wpatrując
- Owszem - Odparłem walcząc z nią na spojrzenia - Teraz jestem twoim bratem, nie mam zamiaru cię osądzać, czy jesteś dobra, czy zła. Robię wszystko co jest potrzebne dla dobra mojego ludu.. - W tym momencie ugryzłem się w język
- Twojego ludu? - Spojrzała podejrzliwie
- Dlatego też potrzebuję informacji, jeśli mi ich nie udzielisz, nie będę miał Ci tego za złe - Odwróciłem się do wilczycy tyłem w celu odejścia - Jednak pamiętaj po czyjej teraz stronie jesteś - Zerknąłem na nią przez ramię, przy okazji mówiąc, że w razie czego znajdzie mnie w jaskini, w której się spotkaliśmy.
< Tytania? Dupy nie urywa wiem... xd>
- Powiadają, że Królowa Sei jest tak naprawdę duchem rządnym zemsty. A istnieje tylko dlatego, gdyż wiele lat temu po dokonaniu swej najbardziej upragnionej zemsty zobaczyła przyszłość swego ludu, bez jej dowództwa. Jednak zanim to nastąpiło, wiedząc, że dokonała tego czego chciała była już zmęczona życiem jako męczenniczka. Tylko jedna rzecz mogła ją zniszczyć. Rzucenie się z Lodowej góry na metalowe szpice przesiąknięte straszliwą klątwą śmierci. Podczas jej przygotowań do tego rytuału przyszedł do niej mędrzec. Przepowiedział królowej, że bez niej, jej lud nie da sobie rady. Biorąc to za zwykłe seplenienie bezdomnego rzuciła się w przepaść. Wtedy przed jej oczami ukazała się cała przyszłość bez jej dowództwa. Większość poddanych jak i wojowników została wymordowana przez Satyry i Pająki. Resztka, która została przy życiu została wykorzystana do inwazji sił Przymierza. Kiedy szala się przeciwko nam odwróciła, oglądaliśmy jak nasze domy płoną żywym ogniem. Zrozpaczeni, nie mogliśmy już walczyć, byliśmy bezbronni, przerażeni. Uciekając od życia jako niewolnicy Imperium i od brutalnej śmierci, rzucaliśmy się w oszalałe płomienie. Powiadają, że po przebiciu ciała Sei przez szpice, znalazła się w ciemnej próżni, gdzie zaznała tylko przerażenia, chłodu, rozpaczy, strachu i żalu. Tam odnalazła duszę tego, na którym się zemściła, ale jego postać była przedstawiona pod ciałem małego bezbronnego chłopca. Patrząc na człowieka, przez którego tyle wycierpiała, Sei przyznała, że jej dusza nie jest już rozbita i może ona czuć litość dla niego mimo tego co zrobił - Dostrzegłem w oczach wadery błysk zaciekawienia - Jednak powróciła i do tej pory sprawuje rządy, pilnując by jej lud, jak i całe Przymierze, żyło w dostatku. - By dokończyć historię z lekkim dreszczykiem pokazałem wilczycy by spojrzała na sam dół urwiska. Zdezorientowana skierowała tam wzrok i jej sierść stanęła dęba.
- Stalowe szpice... - Wyszeptała, na co się lekko uśmiechnąłem i przywdziałem minę poważnego człowieka. - Więc tutaj była ta lodowa góra? - Zadała pytanie jakby do siebie, jednak nie odpowiedziałem na nie, tylko zacząłem mówić na temat, który mnie ty przywiódł.
- Wybacz, że cię wystraszyłem na początku, lecz musimy porozmawiać - Powiedziałem wypinając pierś do przodu, a na wilczycy zatrzymując jasno-błękitne oczy - Poinformowano mnie, że jesteś w tej okolicy, a także, że odeszłaś z Imperium.. - Chciałem mówić, dalej jednak wadera zaczęła się bronić.
- Chyba wiem do czego zmierzasz.. - Zmarszczyła brwi - Nie ufacie mi? W dodatku po co Ci te informacje? Skąd mam wiedzieć, że sam nie jesteś od Imperium - Oczekiwała odpowiedzi na wszystkie jej pytania
- Opowieść, którą Ci właśnie przedstawiłem znają tylko nieliczni... starsi i oddani członkowie Przymierza - Podniosłem kąciki ust - Muszę się dowiedzieć, coś na temat przeciwnika, inaczej trudno mi będzie bronić naszego sojuszu - Te słowa wypowiedziałem, z poważną mimiką twarzy
- Bronić? Uważasz się w takim razie za kogoś tak ważnego, odgrywającego dla Przymierza, tak wielką rolę? - Zapytała kpiąco dokładnie się we mnie wpatrując
- Owszem - Odparłem walcząc z nią na spojrzenia - Teraz jestem twoim bratem, nie mam zamiaru cię osądzać, czy jesteś dobra, czy zła. Robię wszystko co jest potrzebne dla dobra mojego ludu.. - W tym momencie ugryzłem się w język
- Twojego ludu? - Spojrzała podejrzliwie
- Dlatego też potrzebuję informacji, jeśli mi ich nie udzielisz, nie będę miał Ci tego za złe - Odwróciłem się do wilczycy tyłem w celu odejścia - Jednak pamiętaj po czyjej teraz stronie jesteś - Zerknąłem na nią przez ramię, przy okazji mówiąc, że w razie czego znajdzie mnie w jaskini, w której się spotkaliśmy.
< Tytania? Dupy nie urywa wiem... xd>
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Od Avaresha C.D Ascrasii
- Avaresh.. - Ukłoniłem się lekko, zarazem jedną z rąk trochę wychylając do tyłu. Nie dokończyłem nazwiska, gdyż nie chciałem, by chwilowo znała moją tożsamość. Nie dlatego, że jej nie ufam, tylko.. nikt nie poprowadzi swobodnej rozmowy z królem. Wilkołaki zaczynają myśleć "Przecież to Król, ktoś wysoko postawiony, nie zasługuję na jego łaskę, a co dopiero na rozmowę z nim". Potępiam takie zachowanie, ale nie zmienię ludzkiej natury.
- Królu! - Nagle do namiotu wbiegł zwiadowca. Słysząc to słowo zacisnąłem powieki i zęby. I się wydało... Skrzywiłem lekko twarz.
- Królu? - Zdziwiła się wadera, na co posłałem jej miły uśmiech.
- O co chodzi? - Odszedłem z wilkiem na bok, który specjalnie zamienił się w przystojnego młodzieńca, by być na wysokości moich oczu.
- Mamy coraz mniej czasu, siła wroga wcale nie maleje, a niedźwiedzie długo się nie utrzymają - Zameldował
- Rozumiem, możesz odejść - Skinął głową i podniósł zasłonę namiotu, przez co wpuścił zimny bicz powietrza do środka. Poczułem drobne ciarki i skierowałem się do wadery. Siły nie maleją.. w takim razie muszą cały czas dostawać posiłki, ale jak? Król Entianty wyraźnie zameldował, że nie ma żadnych statków na wybrzeżu. Ogarnął mnie drobny niepokój.
- Wszystko w porządku? - Zamrugałem kilkukrotnie słysząc słowa wadery, która najwyraźniej coraz bardziej rozumiała swoją sytuację. Do jej uszu zaczęły dochodzić liczne dźwięki. Głośne głosy ludzi, nieprzyjemny dźwięk uderzania młota o metal, parskanie koni, szum silnie żarzącego się ogniska. Cała mozaika odgłosów.
- Zamyśliłem się - Zaśmiałem się, drapiąc dłonią z tyłu głowy. - Idziemy? - Zapytałem podnosząc jedną brew, pokazując na lekko powiewający materiał. Przechyliła głowę, po czym skinęła. Puściłem waderę przodem, mogła samodzielnie chodzić, gdyż z powodu wojny mamy tutaj wielu wykwalifikowanych medyków. Dodatkowo jej sen trwał kilka dni. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, biel spowijająca każdy zakamarek lekko mnie oślepiała. Wywołany ból oczu prędko minął i pozwolił mi ujrzeć wszystko co się dzieje. Patrzyłem na świat zalany jasnym, żółtawym światłem, od czasu do czasu przecinany ciepłym płomieniem ogniska. Usłyszałem, jak wilczyca nabiera powietrze w zadumie.
- Czemu jest was, aż tylu? -Zapytała rozglądając się po wilkołakach, a każdy miał pełne ręce roboty.
- Wojna... - Westchnąłem i spojrzałem w stronę góry. Można było dostrzec dwie plamy lasu wspinające się po zboczach, które płonęły królewską barwą białej zimy. Sama również spojrzała w tym kierunku. - Powinnaś stąd odejść - Spojrzałem w dół, jak się okazało prosto w oczy wadery. Już przez ten czas odparliśmy kilka silnych ataków, na szczęście nasze straty są minimalne dzięki dobremu przygotowaniu.
- Nie mogę pozostawić swoich braci - Rozejrzała się marszcząc brwi.
Nagle słychać było tylko łomot dziesiątków kopyt zwierząt. Zza rogu wyłonili się nasi rodacy z kolejnymi informacjami.
- Królu! Dowiedzieliśmy się jak wrogowie zdobywają posiłki! - Koń zatrzymał się parę centymetrów od mojej twarzy, a ja położyłem dłoń na jego chrapy by się uspokoił.
- Melduj - Powiedziałem krótko patrząc w oczy konia, które ukazywały szaleństwo.
- Pewien wielki czarodziej, rasy ludzkiej wytworzył portal, co jakiś czas przechodzi przez niego kilkadziesiąt członków Imerpium - Wytłumaczył, na co zareagowałem wyprostowaniem pleców. Rozumiem, przysłali go tam pewnie z nieliczną eskortą, dowódca niedźwiedzi uważał to za błahostkę i nawet nie zwrócił większej uwagi. Wykorzystali to i przez ten czas teleportował tutaj wrogów, poznali wszelkie sekrety tych terenów, nie zaskoczymy ich. Zbyt długo tu przebywają, już nawet przyzwyczaili się do tutejszego klimatu. Moi ludzie nadal mają z tym problem. Spojrzałem w kierunku ludzi ocierających ręce i przykładających je do buzi w celu ocieplenia ciepłym oddechem.
- Odstaw konie, przywiąż je.. mocno - Spojrzałem na zdziwiona twarz mężczyzny, nigdy ich nie przywiązywaliśmy, jednak teraz musimy. Magia wytaczana przez maga, ma na nie wpływ, nie wiem jaki, lecz muszę się tego przekonać. - Weź kilku ludzi i rusz na kolejne zwiady, jednak uważajcie - Powiedziałem - Jeśli kogoś spotkacie, nie walczcie i zwróćcie uwagę na tutejsze zwierzęta - Zwiadowca przytaknął i kazał swoim podwładnym ruszyć za nim. Przyłożyłem dłoń do podbródka w pozie zamyślenia.
- Wyczuwam tę magię dokoła, jest wszędzie, przyprawia mnie o dreszcze - Wyszeptała wadera - Jest taka brudna... - Spojrzała na mnie nieznacznie. A więc też to czuje, niezwykła zdolność.
- Chodź ze mną - Powiedziałem dość poważnie, co mogło wystraszyć wilczycę, dlatego po chwili zerknąłem na nią przez ramię i posłałem miły uśmiech. Na co odpowiedziała dość niemrawo tym samym. Wyczuwałem dobrze coś niepokojącego. Ruszyłem przez chrupiący śnieg i gołe gałęzie. Uczucie z każdą chwilą się umacniało. Słyszałem za mną ciche ruszy wadery, co lekko mnie uspakajało. Towarzystwo zawsze jest przyjemniejsze od samotności. W pewnym momencie przez śnieg na coś nadepnąłem przez co się poślizgnąłem i wylądowałem głową w śniegu.
- Hahaha - Usłyszałem cichy śmiech wilczycy. Również się zaśmiałem i wyjąłem głowę z puchatej pierzyny.
- Przynajmniej miękkie lądowanie - Powiedziałem z krzywym uśmiechem
- Uważaj.. - Wyszeptała patrząc pod moje nogi. Idąc tym tropem ujrzałem jak pod moim ciężarem ujawniła się dziura prowadząca do jakiejś jaskini. Zaciekawiony przełknąłem ślinę i odgarnąłem śnieg nogą. Zobaczyłem stare przejście, nawet ja go nie znałem, albo chwilowo nie kojarzę. Zacząłem w głowie przetasowywać liczne legendy, które znam. Jednak żadna nie mówiła o takim przejściu, gdy zajrzałem do środka zrozumiałem, że tam się nie zmieszczę w ludzkiej formie. W wilczej będzie trudno, ale łatwiej zgiąć skrzydła niż nieruchome mięśnie. Niezbyt pocieszony tym faktem zerknąłem na waderę, która najwyraźniej wyczekiwała mojego kolejnego kroku. No trudno... westchnąłem. Stanąłem kilka metrów od przejścia i skupiłem się w celu przemiany. Poczułem jak powietrze zaczyna wirować wokół mej osoby, śnieżna pierzyna poruszyła się niezgrabnie i po chwili poczułem jak ląduję na czterech łapach. Wbiłem pazury w mokre podłoże i rozpiąłem gigantyczne skrzydła. Uwielbiam uczucie wolnego strzelca, a zawsze takie doznaje, gdy staję się wilkiem. Uświadamiając sobie, że na mojej twarzy widnieje, aż nazbyt szczęśliwy uśmiech, zerknąłem na waderę. Przypatrywała mi się z zaciekawienie, prędko złożyłem skrzydła. Zmusiłem zesztywniałe wilcze mięśnie do ruchu i zrobiłem kilka kółek wokół własnej osi.
- Nie jesteś jakoś rozgadana - Uśmiechnąłem się do wadery, która jedynie pokiwała nieznacznie głową.
- Jesteś pewny? - Zapytała - Zwierzęta też tam nie wchodzą - Spojrzała na pieczątki śladów omijające zygzakiem ową, teraz powstałą dziurę. Złapałem się na tym, że oddychałem gwałtownie, wciągając powietrze przez nos i wypuszczając ustami. Zła siła bijąca z tego miejsca wywołała u mnie taką reakcję.
- Tak, to nie dla mnie to robię, tylko dla całego Przymierza - Powiedziałem poważnie podchodząc bliżej - Dziękuję Ci za twoje towarzystwo, jednak tutaj czas się rozstać, jeśli nie wrócę przed zmierzchem uznaj, że nie żyję - Posłałem jej gorący uśmiech i mój wzrok spoczął na ciemnej głębinie.
< Ascrasia? Nie jest to jakieś wybitne, ale może coś ciekawego w kontynuacji wymyślisz. :D Jeśli są jakieś błędy to wybacz, już byłem zbyt zmęczony by dokładnie sprawdzać>
- Królu! - Nagle do namiotu wbiegł zwiadowca. Słysząc to słowo zacisnąłem powieki i zęby. I się wydało... Skrzywiłem lekko twarz.
- Królu? - Zdziwiła się wadera, na co posłałem jej miły uśmiech.
- O co chodzi? - Odszedłem z wilkiem na bok, który specjalnie zamienił się w przystojnego młodzieńca, by być na wysokości moich oczu.
- Mamy coraz mniej czasu, siła wroga wcale nie maleje, a niedźwiedzie długo się nie utrzymają - Zameldował
- Rozumiem, możesz odejść - Skinął głową i podniósł zasłonę namiotu, przez co wpuścił zimny bicz powietrza do środka. Poczułem drobne ciarki i skierowałem się do wadery. Siły nie maleją.. w takim razie muszą cały czas dostawać posiłki, ale jak? Król Entianty wyraźnie zameldował, że nie ma żadnych statków na wybrzeżu. Ogarnął mnie drobny niepokój.
- Wszystko w porządku? - Zamrugałem kilkukrotnie słysząc słowa wadery, która najwyraźniej coraz bardziej rozumiała swoją sytuację. Do jej uszu zaczęły dochodzić liczne dźwięki. Głośne głosy ludzi, nieprzyjemny dźwięk uderzania młota o metal, parskanie koni, szum silnie żarzącego się ogniska. Cała mozaika odgłosów.
- Zamyśliłem się - Zaśmiałem się, drapiąc dłonią z tyłu głowy. - Idziemy? - Zapytałem podnosząc jedną brew, pokazując na lekko powiewający materiał. Przechyliła głowę, po czym skinęła. Puściłem waderę przodem, mogła samodzielnie chodzić, gdyż z powodu wojny mamy tutaj wielu wykwalifikowanych medyków. Dodatkowo jej sen trwał kilka dni. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, biel spowijająca każdy zakamarek lekko mnie oślepiała. Wywołany ból oczu prędko minął i pozwolił mi ujrzeć wszystko co się dzieje. Patrzyłem na świat zalany jasnym, żółtawym światłem, od czasu do czasu przecinany ciepłym płomieniem ogniska. Usłyszałem, jak wilczyca nabiera powietrze w zadumie.
- Czemu jest was, aż tylu? -Zapytała rozglądając się po wilkołakach, a każdy miał pełne ręce roboty.
- Wojna... - Westchnąłem i spojrzałem w stronę góry. Można było dostrzec dwie plamy lasu wspinające się po zboczach, które płonęły królewską barwą białej zimy. Sama również spojrzała w tym kierunku. - Powinnaś stąd odejść - Spojrzałem w dół, jak się okazało prosto w oczy wadery. Już przez ten czas odparliśmy kilka silnych ataków, na szczęście nasze straty są minimalne dzięki dobremu przygotowaniu.
- Nie mogę pozostawić swoich braci - Rozejrzała się marszcząc brwi.
Nagle słychać było tylko łomot dziesiątków kopyt zwierząt. Zza rogu wyłonili się nasi rodacy z kolejnymi informacjami.
- Królu! Dowiedzieliśmy się jak wrogowie zdobywają posiłki! - Koń zatrzymał się parę centymetrów od mojej twarzy, a ja położyłem dłoń na jego chrapy by się uspokoił.
- Melduj - Powiedziałem krótko patrząc w oczy konia, które ukazywały szaleństwo.
- Pewien wielki czarodziej, rasy ludzkiej wytworzył portal, co jakiś czas przechodzi przez niego kilkadziesiąt członków Imerpium - Wytłumaczył, na co zareagowałem wyprostowaniem pleców. Rozumiem, przysłali go tam pewnie z nieliczną eskortą, dowódca niedźwiedzi uważał to za błahostkę i nawet nie zwrócił większej uwagi. Wykorzystali to i przez ten czas teleportował tutaj wrogów, poznali wszelkie sekrety tych terenów, nie zaskoczymy ich. Zbyt długo tu przebywają, już nawet przyzwyczaili się do tutejszego klimatu. Moi ludzie nadal mają z tym problem. Spojrzałem w kierunku ludzi ocierających ręce i przykładających je do buzi w celu ocieplenia ciepłym oddechem.
- Odstaw konie, przywiąż je.. mocno - Spojrzałem na zdziwiona twarz mężczyzny, nigdy ich nie przywiązywaliśmy, jednak teraz musimy. Magia wytaczana przez maga, ma na nie wpływ, nie wiem jaki, lecz muszę się tego przekonać. - Weź kilku ludzi i rusz na kolejne zwiady, jednak uważajcie - Powiedziałem - Jeśli kogoś spotkacie, nie walczcie i zwróćcie uwagę na tutejsze zwierzęta - Zwiadowca przytaknął i kazał swoim podwładnym ruszyć za nim. Przyłożyłem dłoń do podbródka w pozie zamyślenia.
- Wyczuwam tę magię dokoła, jest wszędzie, przyprawia mnie o dreszcze - Wyszeptała wadera - Jest taka brudna... - Spojrzała na mnie nieznacznie. A więc też to czuje, niezwykła zdolność.
- Chodź ze mną - Powiedziałem dość poważnie, co mogło wystraszyć wilczycę, dlatego po chwili zerknąłem na nią przez ramię i posłałem miły uśmiech. Na co odpowiedziała dość niemrawo tym samym. Wyczuwałem dobrze coś niepokojącego. Ruszyłem przez chrupiący śnieg i gołe gałęzie. Uczucie z każdą chwilą się umacniało. Słyszałem za mną ciche ruszy wadery, co lekko mnie uspakajało. Towarzystwo zawsze jest przyjemniejsze od samotności. W pewnym momencie przez śnieg na coś nadepnąłem przez co się poślizgnąłem i wylądowałem głową w śniegu.
- Hahaha - Usłyszałem cichy śmiech wilczycy. Również się zaśmiałem i wyjąłem głowę z puchatej pierzyny.
- Przynajmniej miękkie lądowanie - Powiedziałem z krzywym uśmiechem
- Uważaj.. - Wyszeptała patrząc pod moje nogi. Idąc tym tropem ujrzałem jak pod moim ciężarem ujawniła się dziura prowadząca do jakiejś jaskini. Zaciekawiony przełknąłem ślinę i odgarnąłem śnieg nogą. Zobaczyłem stare przejście, nawet ja go nie znałem, albo chwilowo nie kojarzę. Zacząłem w głowie przetasowywać liczne legendy, które znam. Jednak żadna nie mówiła o takim przejściu, gdy zajrzałem do środka zrozumiałem, że tam się nie zmieszczę w ludzkiej formie. W wilczej będzie trudno, ale łatwiej zgiąć skrzydła niż nieruchome mięśnie. Niezbyt pocieszony tym faktem zerknąłem na waderę, która najwyraźniej wyczekiwała mojego kolejnego kroku. No trudno... westchnąłem. Stanąłem kilka metrów od przejścia i skupiłem się w celu przemiany. Poczułem jak powietrze zaczyna wirować wokół mej osoby, śnieżna pierzyna poruszyła się niezgrabnie i po chwili poczułem jak ląduję na czterech łapach. Wbiłem pazury w mokre podłoże i rozpiąłem gigantyczne skrzydła. Uwielbiam uczucie wolnego strzelca, a zawsze takie doznaje, gdy staję się wilkiem. Uświadamiając sobie, że na mojej twarzy widnieje, aż nazbyt szczęśliwy uśmiech, zerknąłem na waderę. Przypatrywała mi się z zaciekawienie, prędko złożyłem skrzydła. Zmusiłem zesztywniałe wilcze mięśnie do ruchu i zrobiłem kilka kółek wokół własnej osi.
- Nie jesteś jakoś rozgadana - Uśmiechnąłem się do wadery, która jedynie pokiwała nieznacznie głową.
- Jesteś pewny? - Zapytała - Zwierzęta też tam nie wchodzą - Spojrzała na pieczątki śladów omijające zygzakiem ową, teraz powstałą dziurę. Złapałem się na tym, że oddychałem gwałtownie, wciągając powietrze przez nos i wypuszczając ustami. Zła siła bijąca z tego miejsca wywołała u mnie taką reakcję.
- Tak, to nie dla mnie to robię, tylko dla całego Przymierza - Powiedziałem poważnie podchodząc bliżej - Dziękuję Ci za twoje towarzystwo, jednak tutaj czas się rozstać, jeśli nie wrócę przed zmierzchem uznaj, że nie żyję - Posłałem jej gorący uśmiech i mój wzrok spoczął na ciemnej głębinie.
< Ascrasia? Nie jest to jakieś wybitne, ale może coś ciekawego w kontynuacji wymyślisz. :D Jeśli są jakieś błędy to wybacz, już byłem zbyt zmęczony by dokładnie sprawdzać>
piątek, 27 stycznia 2017
Od Avaresha Do Ascrasii
Po wielu wysiłkach ja i moi ludzie staliśmy się główną strażą przeciwko wszystkim potencjalnym najeźdźcom. Mimo ciągłych potyczek z minotaurami, lizardami i ludźmi, nie zakosztowałem wiele walki, ale dzięki temu spokój panował w lasach Przymierza. Jednak muszę być cały czas czujny podczas tej ciszy. Bowiem ona zawsze oznacza początek burzy. Moje obawy prędko się ziściły, gdy usłyszałem głos Nevi, jednej z członkiń Sowiego Gniazda. Dzięki jej niezwykłej umiejętności komunikacji, dostałem szybką i dokładną wiadomość co się dzieje na wschodzie krainy...
- Panie, na terenach Free Mountain pojawili się nowi napastnicy, nasza przewaga drastycznie spadła. - Spojrzałem w jej kierunku, spodziewałem się jakiejś wiadomości, lecz to.. co przegapiłem?
- Jak to? To nie jest możliwe.. - Warknąłem pod nosem lekko zdezorientowany - Ilu ich jest? - Zmarszczyłem brwi zaczynając krążyć w kółko, zadając również prędko nowe pytanie. Poczułem nagły niepokój, zaczynałem przeczuwać, że to co zaraz usłyszę nie będzie miodem dla moich uszu. Zimny kamień dotykający poduszki moich łap dodatkowo doprowadził moje ciało do nieprzyjemnych dreszczy.
- Mistrz Halforc określa ich siły na ponad.. - Zadrżała Nevi trzepocząc głośno potężnymi skrzydłami.
- Na ile? - Zapytałem patrząc gniewnie w jej stronę
- Dwadzieścia tysięcy - Wypowiedziała ogromną liczbę drżącym głosem. Moje brwi zamiast ukazywać gniew, przerodziły się w zdziwienie. Mocny łomot serca dodatkowo przyspieszył. Skąd wzięli taką liczną armię? Zacisnąłem zęby.
- Natychmiast karz im się wycofać! - Rozkazałem. Na górze mają przewagę wysokości, ale z taką ilością wrogów nie ma to najmniejszego znaczenia, jeśli prędko jej nie opuszczą.. utkną tam i zostaną skazani na śmierć..
- Mistrz Halforc odmawia wykonania rozkazu.. - Odparła zmartwiona Nevi. No tak, czego ja się spodziewałem po tych gorylach? Nawet nie poprosi o wsparcie, dumny paw. Teraz ta wielka armia powinna trzymać go w stanie permanentnej ucieczki. Kogo mam wysłać? Jaki przeciwnik ma plan? Jak powinienem postąpić? Te myśli zaprzątały mą głowę.
- Wyślij do niego część Jednorożców znajdujących się na polu walki w Mount Ghul i.. - Chwila.. przecież.. nie mam już kogo wysłać. W głowie pojawił mi się cały plan walk, ostatnio zostały one nasilone.. więc ataki na Eltos, Warteron, TreantForrest, Areherland nie były tylko przypadkiem, wszystko polegało na tym bym wysłał tam wszelkie jednostki.. cholera. Zdobycie Free Mountain mogłoby postawić nas w kryzysowej sytuacji. Ilość manewrów możliwych do użycia w tamtym miejscu jest niezliczona. Avaresh uspokój się, co możesz zrobić? No zastanów się.
- Przygotować wszystkich zdatnych do walki, nie obchodzi mnie czy to dzieci, teraz.. w tej chwili! Wszyscy mają zebrać się na głównym placu! - Wykrzyknąłem do mojej doradczyni. Tym razem nie powiedziała nic. Ta, która zawsze trzyma mnie z dala od nieodpowiednich kroków zwyczajnie pokiwała głową i po chwili zniknęła za potężnymi drewnianymi wrotami. Muszę tym razem zebrać swych Obieżyświatów i ruszyć wrogowi naprzeciw.
- Nev! - Od razu skierowałem mój wzrok na nią
- Tak Panie? - Zatrzepotała skrzydłami nerwowo
- Skontaktuj się z królem mórz Entiantym, nie mogli się tam zwyczajnie pojawić.. niech zniszczą ich statki - Rozkazałem kierując się ku drzwiom - Lecz niech uważają, na pewno jadowita Skyriss tam będzie - Nabrałem głęboko powietrze i wypuściłem je powoli z płuc. Ciężar, który noszę teraz na swoich barkach przybijał.
- Tak jest Panie - Wykonała rozkaz, a ja stanąłem chwilowo w drzwiach, po czym dodałem
- Wyślij posłańca do Johna... niech pilnuje miasto pod moją nieobecność - Przekułem ostatnią myśl w słowa i ruszyłem przez wielki korytarz. Przeszedłem pod ogromnymi łukowymi podporami i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. Znajdowały się w nim dwie piętrowo ustawione grupy stołów umieszczonych wzdłuż dłuższych ścian. Wielka i pusta przestrzeń między nimi była zajmowana, tylko w okazjach, gdy na przyjęcia zapraszano także szlachtę. Szedłem na drugi koniec sali, gdyż znajdują się tam dwoje dużych drzwi prowadzących na zewnątrz. Chociaż stare i wystawione na działanie żywiołów przez wiele setek lat wciąż solidne i ciężkie. Nad stołami dla gości było kolejne piętro, do których prowadziły długie kręte schody. Taki układ zapewniał wszystkim dobry widok na salę, ale tez jasno przedstawiał hierarchię. Najwyższe miejsca zajmowali królowie wszystkich ras, wraz ze swoimi doradcami. Rząd poniżej przeznaczony jest dla różnych dowódców wilkołaków, czy znanych zielarzy. Jeśli wygramy tę bitwę, na pewno zorganizuję tutaj wielką ucztę. Doszedłem w końcu to wielkich drewnianych drzwi, które zostały otwarte z całej siły mięśni przez dwóch strażników. Ciepłe światło słoneczne zalało moją twarz i ogród, sprawiając, że wielobarwne kwiaty rozjaśniały w morzu zielonej roślinności. Minąłem mury moja "królestwa" i ruszyłem przez miasto. Zanim zwrócę na siebie większą uwagę, powinienem zmienić się w człowieka. I tak uczyniłem. Od razu widziałem dużo więcej dodając dobie ponad metr wzrostu. Zakręcając w główną ulicę, dostrzegłem jak całe tłumy idą w stronę placu. Byłem już blisko, budynki wokół głównego rynku są wykonane z czarnego kamienia, żyłkowanego szarością i bielą. Kiedy wkroczyłem między ludzi natychmiast pojawił się szum i droga nagle się ukazała w całej swoje okazałości. Wilkołaki, czy to zamienieni w ludzi czy w wilki stanęli po bokach ze spuszczoną głową. Dokładnie znali moją ludzką formę, co innego z wilczą. Charakterystyczne wystające uszy i ogon daje znać kim jestem, dodatkowo wielka broń w kształcie słońca na moich plecach, trudno to pominąć.
- Królu! - Podbiegła do mnie doradczyni - czemu postępujesz tak lekkomyślnie? - Zapytała patrząc mi prosto w oczy - Wiesz ilu czyha, tylko na twoje życie? - Oburzyła się i po chwili umilkła uświadamiając sobie, że podniosła głos na samego króla - Przepraszam.. - Jej wzrok wbił się natychmiastowo w ziemię.
- To ja powinienem cię przeprosisz, dbasz jedynie o moje dobro - Uśmiechnąłem się, na co kobieta uniosła kąciki ust - Chodźmy - Powiedziałem, a ta skinęła głową.
Przez tę krótką drogę, zacząłem się zastanawiać, jaka jest pieść naszego miasta? Jakie głosy są w stolicy? Co słychać nocą? Jeśli tylko się zatrzymać i posłuchać, Powinny pokazać się stłumione i odległe szumy dźwięków. Śmiech, jęki, krzyki, piosenki, głosy, wrzaski. A więc zatrzymałem się i zamknąłem oczy. Usłyszałem jedynie zgrzytliwy dźwięk, który tu nie pasował, dźwięk wojny.. Otworzyłem oczy i wypuściłem powoli powietrze z płuc. Wszedłem po małych schodkach na podwyższenie, znajdujące się na środku rynku. Spojrzałem liczną grupę gotowych do walki dorosłych, starców, nawet dzieci. Poczułem głęboki żal, który początkowo nie pozwolił mi nic powiedzieć.
- Wybaczcie, że tak nagle was wezwałem - Wykrzyknąłem by usłyszały mnie nawet szczury pod kamiennymi budynkami - Niestety Przymierze jest w niebezpieczeństwie! - Nie miałem zamiaru okłamywać mego ludu - Przepraszam jednak matki.. żony, których najbliższych zabieram ze sobą do walki! Nie mogę obiecać jednak, że wrócą żywi... - Spodziewałem się zaniepokojonych szeptów, jednak chwilowe zaprzestanie przemówienia ujawnił jedynie ciszę, ufają królowi.. - Ale! - Prędko kontynuowałem - Wrócę tu z każdym ciałem, każdego wojownika! Nie pozostawię nikogo na polu bitwy.. Obiecuję wam! Obiecuję... że jako pierwszy postawię nogę na polu walki i jako ostatni je opuszczę! - Mój głos doszedł do każdego. Od razu poczułem gorzący we mnie żal, przez wypowiedzenie tych słów. Jednak to co po chwili ujrzałem... wszyscy się pokłonili, co nie oznaczało tylko hołdu dla króla, ale także to, że oddają swoje życie, w moje ręce. - Dziękuję - Wyszeptałem pokłaniając w ich stronę głowę. Miałem ochotę wypuścić trzymany we mnie żal i poczuć łzy spływające po moich policzkach, jednak nie mogłem ukazać słabości, nie w tej chwili.
- Czas ruszać - Poczułem dłoń na ramieniu doradczyni, a ja potaknąłem.
Spojrzałem przeciągle na wojowników, próbując oszacować siły. Wsadziłem do ust kciuk i palec wskazując, po czym gwizdnąłem. Przez co z miasta wydobył się rozległy okrzyk i tupot nóg. Stolicę zaczęła opuszczać liczna armia wilkołaków, ze mną na czele. Czekała nas długa podróż, a nie mamy dużo czasu. Przejście przez Antivę, było przyjemne i krótkie. Tereny te są znane z rozmaitej roślinności, dzięki czemu nawet bez przerwy można było się zrelaksować, liczna zwierzyna pozwoliła chwilowo dopełnić zapasy. Podróż przez Lighthought, było wyczerpujące przez nagłą zmianę klimatu, dni i noce były dużo chłodniejsze. Kiedy słońce, było już nisko na niebie, rozbiliśmy obóz. Mi jak zawsze dużo czasu zajęło rozłożenie namiotu. Każdy chciał mi pomóc, co prawda nigdy nie miałem do tego ręki, jednak z podniesionym ogonem próbowałem przez całą godzinę. Przynajmniej mi się udało i mogłem położyć się spać. Wstałem, gdy tylko słońce dostało się do wnętrza. Zabrałem miecz, nóż, kołczan i ruszyłem na polowanie. Jednak, nie było to takie proste. Zmarnowałem strzałę, bo nie trafiłem w lecącego ptaka, zaskakująco przypominającego gęś. W sumie kto się spodziewał, nie mam na sobie prawię żadnego odzienia i drżę z zimna. To kilkunastu minutach tracę nadzielę. Okolica jest jak wymarła. Nie dostrzegłem, nawet myszy. Ostatecznie skończyłem, nad rzeką z włócznią w ręku. Wypatrywałem ryb wśród kamieni i skał. Patrząc na wijące się kształty wbiłem broń prosto w rybę. Po jakimś czasie uzbierałem całkiem sporą liczbę, którą schowałem w stary materiał i ruszyłem z trudną do wyobrażenia dumą do obozu. Przez większość życia jestem królem, a rozpiera mnie duma z powodu jednej ryby. Gdy ta myśl do mnie doszła, roześmiałem się głośno. Do myślenia dał mi dopiero mocny bat zimna. Powróciłem jak najszybciej i rozdzieliłem jedzenie między ludzi. Kiedy tam dotrzemy wrogowie będą strudzeni walką, natomiast my będziemy wypoczęci i najedzeni. Dalsza podróż... kolejny obóz.. i kolejny ranek bez kawy czy mydła. Znalazłem za to jakieś piekielnie kwaśne jagody, które żułem przez jakiś czas. Niektórzy pozostawili wczorajsze ryby i teraz siedzą przy ognisku delektując się nimi.
- Królu! - Usłyszałem dojrzały męski głos i spojrzałem w tamtym kierunku - Przyłącz się! - Krzyknął z uśmiechem, a po chwili ktoś szturchnął go w bok.
- Co ty robisz idioto, to król.. nic Ci to nie mówi? nigdy się do nas nie... - W tym momencie usiadłem w ich towarzystwie
- Poczęstujecie mnie? - Uśmiechnąłem się szczerze
Kiedy w końcu znaleźliśmy się w górach zacząłem wyczuwać przytłaczającą moc. Dodatkowo kilka godzin wcześniej dostałem wiadomość od Nevii "Panie król mórz Entainty informuje, że nie napotkali żadnych statków". Jak się tam dostali było kompletną zagadką, można pomyśleć, że dzięki jakiejś magii. Jednak nie znam tak potężnej by przenieść, aż tak liczną armię. Jednak teraz zostaną zaatakowani z dwóch stron. Nie mają szans wygrać. Mimo wszystko zaczynam się niepokoić. Wyczerpująca podróż pod górę kazała zrobić jeszcze jeden ostatni postój, wróg był bardzo blisko. Rozesłałem szpiegów, by szukali czujek. Sam ruszyłem przed siebie ścieżką, chciałem zobaczyć co kryje się za zakrętem. Pozostawiłem ludzi kilkaset metrów za mną. Podszedłem zupełnie bezgłośnie. Poczułem odurzający smród, zdezorientowany ogarnąłem krzaki, za którymi dostrzegłem stertę zbutwiałych kości. Nagle żołądek podszedł mi do gardła i wydaliłem całe śniadanie. Kiedy promienie słońca przebiły się przez gałęzie drzew, dostrzec mogłem w dole wielką bazę wroga. Tyle, że wszędzie były trupy, wyglądało to jakbym trafił na cmentarz. Przeszedłem przez liczne ciała i zacząłem się rozglądać. Kolejne trupy były w całkiem niezłym stanie. Niektóre siedziały w takiej samej pozycji. Zabici w śnie.. Czyżby walka skończyła się zanim tu przybyliśmy? Do moich uszu doszły odgłosy walki, prędko pobiegłem w tamtym kierunku równocześnie zdejmując ciężką broń ze swoich pleców. Ujrzałem wielkiego niedźwiedzia atakującego minotaura. Widząc, że czterokopytne stworzenie chce zadać ostateczny cios, prędko stworzyłem kulę światła, która wybuchła tuż przed jego twarzą. Podbiegłem i z całej siły uderzyłem swoją masa ciała w tułów minotaura, który upadł na plecy. Nie chciałem zabijać.. lecz nie miałem liny by unieruchomić wroga. Utworzyłem wokół każdej z kończyn ogniste pętle, które parzyły jedynie podczas ruchu. Mężczyzna krzyczał czując jak coś parzy jego ręce i kopyta. Nie potrafił zrozumieć, że powinien zostać w bezruchu.
- Nie ruszaj się - Powiedziałem z zaciśniętymi zębami stojąc w odpowiedniej odległości, by nie dosięgnęło mnie silne tylne końskie kopyto. Nagle w ciele stworzenia znalazł się wielki topór.
- Tylko się męczył - Warknął wściekły niedźwiedź - Król wilkołaków się waha? Poprowadzisz ludzi ku zgubie - Wymieniliśmy wściekłe spojrzenia
- Nie każ mi żałować, że ruszyłem wam na ratunek - Powiedziałem wrogo - Gdzie wasz dowódca? - Zapytałem szorstko
- Broni naszej stolicy w górach tak samo jak reszta.. - Chrząknął patrząc na sam szczyt
- Jaka jest tam najszybsza droga? - Ruszyłem powoli w stronę naszego obozu, a wielki niedźwiedź poszedł w moje ślady.
- Jest tylko jedna droga na górę, każdy to wie - Fuknął
Bądź spokojny.. to tylko bezmózgi goryl.. pomyślałem, by poczuć się lepiej. Kiedy próbowałem się uspokoić lekko straciłem orientację w terenie. Próbując nie ukazywać temu olbrzymiemu zwierzakowi, że się zgubiłem ruszyłem w losowym kierunku. Tak, musiała mnie wziąć ta głupia duma. Kiedy zbliżałem się do krzaków, znów usłyszałem ten potężny i dość irytujący głos.
- Uważaj... pełno nastawiali tu pułapek na niedźwiedzie - Zerknąłem na niego za ramienia i pokiwałem głową
- Wątpię by to było na was skuteczne.. - Westchnąłem widząc potężną posturę.
Kiedy spojrzałem przed siebie zamarłem. Zobaczyłem białą jak śnieg waderę, która była pokryta czerwienią w okolicach tylnych łap. Prawa była przytrzaśnięta przez jedną z pułapek. Prędko podbiegłem do wpółprzytomnej wilczycy.
- Szybko otwórz to! - Krzyknąłem do towarzysza, który postąpił jak powiedziałem. Gdy niedźwiedź uwolnił wilczycę, ta cicho zaskomlała. - Spokojnie.. - Wyszeptałem biorąc ją na ręce.
Nie czas na gubienie się Avaresh, no już.. skojarz coś, skąd tutaj przyszedłeś?
< Ascrasia? Wybacz, nie miałem już siły opisywać co się stało po uratowaniu xD>
- Panie, na terenach Free Mountain pojawili się nowi napastnicy, nasza przewaga drastycznie spadła. - Spojrzałem w jej kierunku, spodziewałem się jakiejś wiadomości, lecz to.. co przegapiłem?
- Jak to? To nie jest możliwe.. - Warknąłem pod nosem lekko zdezorientowany - Ilu ich jest? - Zmarszczyłem brwi zaczynając krążyć w kółko, zadając również prędko nowe pytanie. Poczułem nagły niepokój, zaczynałem przeczuwać, że to co zaraz usłyszę nie będzie miodem dla moich uszu. Zimny kamień dotykający poduszki moich łap dodatkowo doprowadził moje ciało do nieprzyjemnych dreszczy.
- Mistrz Halforc określa ich siły na ponad.. - Zadrżała Nevi trzepocząc głośno potężnymi skrzydłami.
- Na ile? - Zapytałem patrząc gniewnie w jej stronę
- Dwadzieścia tysięcy - Wypowiedziała ogromną liczbę drżącym głosem. Moje brwi zamiast ukazywać gniew, przerodziły się w zdziwienie. Mocny łomot serca dodatkowo przyspieszył. Skąd wzięli taką liczną armię? Zacisnąłem zęby.
- Natychmiast karz im się wycofać! - Rozkazałem. Na górze mają przewagę wysokości, ale z taką ilością wrogów nie ma to najmniejszego znaczenia, jeśli prędko jej nie opuszczą.. utkną tam i zostaną skazani na śmierć..
- Mistrz Halforc odmawia wykonania rozkazu.. - Odparła zmartwiona Nevi. No tak, czego ja się spodziewałem po tych gorylach? Nawet nie poprosi o wsparcie, dumny paw. Teraz ta wielka armia powinna trzymać go w stanie permanentnej ucieczki. Kogo mam wysłać? Jaki przeciwnik ma plan? Jak powinienem postąpić? Te myśli zaprzątały mą głowę.
- Wyślij do niego część Jednorożców znajdujących się na polu walki w Mount Ghul i.. - Chwila.. przecież.. nie mam już kogo wysłać. W głowie pojawił mi się cały plan walk, ostatnio zostały one nasilone.. więc ataki na Eltos, Warteron, TreantForrest, Areherland nie były tylko przypadkiem, wszystko polegało na tym bym wysłał tam wszelkie jednostki.. cholera. Zdobycie Free Mountain mogłoby postawić nas w kryzysowej sytuacji. Ilość manewrów możliwych do użycia w tamtym miejscu jest niezliczona. Avaresh uspokój się, co możesz zrobić? No zastanów się.
- Przygotować wszystkich zdatnych do walki, nie obchodzi mnie czy to dzieci, teraz.. w tej chwili! Wszyscy mają zebrać się na głównym placu! - Wykrzyknąłem do mojej doradczyni. Tym razem nie powiedziała nic. Ta, która zawsze trzyma mnie z dala od nieodpowiednich kroków zwyczajnie pokiwała głową i po chwili zniknęła za potężnymi drewnianymi wrotami. Muszę tym razem zebrać swych Obieżyświatów i ruszyć wrogowi naprzeciw.
- Nev! - Od razu skierowałem mój wzrok na nią
- Tak Panie? - Zatrzepotała skrzydłami nerwowo
- Skontaktuj się z królem mórz Entiantym, nie mogli się tam zwyczajnie pojawić.. niech zniszczą ich statki - Rozkazałem kierując się ku drzwiom - Lecz niech uważają, na pewno jadowita Skyriss tam będzie - Nabrałem głęboko powietrze i wypuściłem je powoli z płuc. Ciężar, który noszę teraz na swoich barkach przybijał.
- Tak jest Panie - Wykonała rozkaz, a ja stanąłem chwilowo w drzwiach, po czym dodałem
- Wyślij posłańca do Johna... niech pilnuje miasto pod moją nieobecność - Przekułem ostatnią myśl w słowa i ruszyłem przez wielki korytarz. Przeszedłem pod ogromnymi łukowymi podporami i znalazłem się w kolejnym pomieszczeniu. Znajdowały się w nim dwie piętrowo ustawione grupy stołów umieszczonych wzdłuż dłuższych ścian. Wielka i pusta przestrzeń między nimi była zajmowana, tylko w okazjach, gdy na przyjęcia zapraszano także szlachtę. Szedłem na drugi koniec sali, gdyż znajdują się tam dwoje dużych drzwi prowadzących na zewnątrz. Chociaż stare i wystawione na działanie żywiołów przez wiele setek lat wciąż solidne i ciężkie. Nad stołami dla gości było kolejne piętro, do których prowadziły długie kręte schody. Taki układ zapewniał wszystkim dobry widok na salę, ale tez jasno przedstawiał hierarchię. Najwyższe miejsca zajmowali królowie wszystkich ras, wraz ze swoimi doradcami. Rząd poniżej przeznaczony jest dla różnych dowódców wilkołaków, czy znanych zielarzy. Jeśli wygramy tę bitwę, na pewno zorganizuję tutaj wielką ucztę. Doszedłem w końcu to wielkich drewnianych drzwi, które zostały otwarte z całej siły mięśni przez dwóch strażników. Ciepłe światło słoneczne zalało moją twarz i ogród, sprawiając, że wielobarwne kwiaty rozjaśniały w morzu zielonej roślinności. Minąłem mury moja "królestwa" i ruszyłem przez miasto. Zanim zwrócę na siebie większą uwagę, powinienem zmienić się w człowieka. I tak uczyniłem. Od razu widziałem dużo więcej dodając dobie ponad metr wzrostu. Zakręcając w główną ulicę, dostrzegłem jak całe tłumy idą w stronę placu. Byłem już blisko, budynki wokół głównego rynku są wykonane z czarnego kamienia, żyłkowanego szarością i bielą. Kiedy wkroczyłem między ludzi natychmiast pojawił się szum i droga nagle się ukazała w całej swoje okazałości. Wilkołaki, czy to zamienieni w ludzi czy w wilki stanęli po bokach ze spuszczoną głową. Dokładnie znali moją ludzką formę, co innego z wilczą. Charakterystyczne wystające uszy i ogon daje znać kim jestem, dodatkowo wielka broń w kształcie słońca na moich plecach, trudno to pominąć.
- Królu! - Podbiegła do mnie doradczyni - czemu postępujesz tak lekkomyślnie? - Zapytała patrząc mi prosto w oczy - Wiesz ilu czyha, tylko na twoje życie? - Oburzyła się i po chwili umilkła uświadamiając sobie, że podniosła głos na samego króla - Przepraszam.. - Jej wzrok wbił się natychmiastowo w ziemię.
- To ja powinienem cię przeprosisz, dbasz jedynie o moje dobro - Uśmiechnąłem się, na co kobieta uniosła kąciki ust - Chodźmy - Powiedziałem, a ta skinęła głową.
Przez tę krótką drogę, zacząłem się zastanawiać, jaka jest pieść naszego miasta? Jakie głosy są w stolicy? Co słychać nocą? Jeśli tylko się zatrzymać i posłuchać, Powinny pokazać się stłumione i odległe szumy dźwięków. Śmiech, jęki, krzyki, piosenki, głosy, wrzaski. A więc zatrzymałem się i zamknąłem oczy. Usłyszałem jedynie zgrzytliwy dźwięk, który tu nie pasował, dźwięk wojny.. Otworzyłem oczy i wypuściłem powoli powietrze z płuc. Wszedłem po małych schodkach na podwyższenie, znajdujące się na środku rynku. Spojrzałem liczną grupę gotowych do walki dorosłych, starców, nawet dzieci. Poczułem głęboki żal, który początkowo nie pozwolił mi nic powiedzieć.
- Wybaczcie, że tak nagle was wezwałem - Wykrzyknąłem by usłyszały mnie nawet szczury pod kamiennymi budynkami - Niestety Przymierze jest w niebezpieczeństwie! - Nie miałem zamiaru okłamywać mego ludu - Przepraszam jednak matki.. żony, których najbliższych zabieram ze sobą do walki! Nie mogę obiecać jednak, że wrócą żywi... - Spodziewałem się zaniepokojonych szeptów, jednak chwilowe zaprzestanie przemówienia ujawnił jedynie ciszę, ufają królowi.. - Ale! - Prędko kontynuowałem - Wrócę tu z każdym ciałem, każdego wojownika! Nie pozostawię nikogo na polu bitwy.. Obiecuję wam! Obiecuję... że jako pierwszy postawię nogę na polu walki i jako ostatni je opuszczę! - Mój głos doszedł do każdego. Od razu poczułem gorzący we mnie żal, przez wypowiedzenie tych słów. Jednak to co po chwili ujrzałem... wszyscy się pokłonili, co nie oznaczało tylko hołdu dla króla, ale także to, że oddają swoje życie, w moje ręce. - Dziękuję - Wyszeptałem pokłaniając w ich stronę głowę. Miałem ochotę wypuścić trzymany we mnie żal i poczuć łzy spływające po moich policzkach, jednak nie mogłem ukazać słabości, nie w tej chwili.
- Czas ruszać - Poczułem dłoń na ramieniu doradczyni, a ja potaknąłem.
Spojrzałem przeciągle na wojowników, próbując oszacować siły. Wsadziłem do ust kciuk i palec wskazując, po czym gwizdnąłem. Przez co z miasta wydobył się rozległy okrzyk i tupot nóg. Stolicę zaczęła opuszczać liczna armia wilkołaków, ze mną na czele. Czekała nas długa podróż, a nie mamy dużo czasu. Przejście przez Antivę, było przyjemne i krótkie. Tereny te są znane z rozmaitej roślinności, dzięki czemu nawet bez przerwy można było się zrelaksować, liczna zwierzyna pozwoliła chwilowo dopełnić zapasy. Podróż przez Lighthought, było wyczerpujące przez nagłą zmianę klimatu, dni i noce były dużo chłodniejsze. Kiedy słońce, było już nisko na niebie, rozbiliśmy obóz. Mi jak zawsze dużo czasu zajęło rozłożenie namiotu. Każdy chciał mi pomóc, co prawda nigdy nie miałem do tego ręki, jednak z podniesionym ogonem próbowałem przez całą godzinę. Przynajmniej mi się udało i mogłem położyć się spać. Wstałem, gdy tylko słońce dostało się do wnętrza. Zabrałem miecz, nóż, kołczan i ruszyłem na polowanie. Jednak, nie było to takie proste. Zmarnowałem strzałę, bo nie trafiłem w lecącego ptaka, zaskakująco przypominającego gęś. W sumie kto się spodziewał, nie mam na sobie prawię żadnego odzienia i drżę z zimna. To kilkunastu minutach tracę nadzielę. Okolica jest jak wymarła. Nie dostrzegłem, nawet myszy. Ostatecznie skończyłem, nad rzeką z włócznią w ręku. Wypatrywałem ryb wśród kamieni i skał. Patrząc na wijące się kształty wbiłem broń prosto w rybę. Po jakimś czasie uzbierałem całkiem sporą liczbę, którą schowałem w stary materiał i ruszyłem z trudną do wyobrażenia dumą do obozu. Przez większość życia jestem królem, a rozpiera mnie duma z powodu jednej ryby. Gdy ta myśl do mnie doszła, roześmiałem się głośno. Do myślenia dał mi dopiero mocny bat zimna. Powróciłem jak najszybciej i rozdzieliłem jedzenie między ludzi. Kiedy tam dotrzemy wrogowie będą strudzeni walką, natomiast my będziemy wypoczęci i najedzeni. Dalsza podróż... kolejny obóz.. i kolejny ranek bez kawy czy mydła. Znalazłem za to jakieś piekielnie kwaśne jagody, które żułem przez jakiś czas. Niektórzy pozostawili wczorajsze ryby i teraz siedzą przy ognisku delektując się nimi.
- Królu! - Usłyszałem dojrzały męski głos i spojrzałem w tamtym kierunku - Przyłącz się! - Krzyknął z uśmiechem, a po chwili ktoś szturchnął go w bok.
- Co ty robisz idioto, to król.. nic Ci to nie mówi? nigdy się do nas nie... - W tym momencie usiadłem w ich towarzystwie
- Poczęstujecie mnie? - Uśmiechnąłem się szczerze
Kiedy w końcu znaleźliśmy się w górach zacząłem wyczuwać przytłaczającą moc. Dodatkowo kilka godzin wcześniej dostałem wiadomość od Nevii "Panie król mórz Entainty informuje, że nie napotkali żadnych statków". Jak się tam dostali było kompletną zagadką, można pomyśleć, że dzięki jakiejś magii. Jednak nie znam tak potężnej by przenieść, aż tak liczną armię. Jednak teraz zostaną zaatakowani z dwóch stron. Nie mają szans wygrać. Mimo wszystko zaczynam się niepokoić. Wyczerpująca podróż pod górę kazała zrobić jeszcze jeden ostatni postój, wróg był bardzo blisko. Rozesłałem szpiegów, by szukali czujek. Sam ruszyłem przed siebie ścieżką, chciałem zobaczyć co kryje się za zakrętem. Pozostawiłem ludzi kilkaset metrów za mną. Podszedłem zupełnie bezgłośnie. Poczułem odurzający smród, zdezorientowany ogarnąłem krzaki, za którymi dostrzegłem stertę zbutwiałych kości. Nagle żołądek podszedł mi do gardła i wydaliłem całe śniadanie. Kiedy promienie słońca przebiły się przez gałęzie drzew, dostrzec mogłem w dole wielką bazę wroga. Tyle, że wszędzie były trupy, wyglądało to jakbym trafił na cmentarz. Przeszedłem przez liczne ciała i zacząłem się rozglądać. Kolejne trupy były w całkiem niezłym stanie. Niektóre siedziały w takiej samej pozycji. Zabici w śnie.. Czyżby walka skończyła się zanim tu przybyliśmy? Do moich uszu doszły odgłosy walki, prędko pobiegłem w tamtym kierunku równocześnie zdejmując ciężką broń ze swoich pleców. Ujrzałem wielkiego niedźwiedzia atakującego minotaura. Widząc, że czterokopytne stworzenie chce zadać ostateczny cios, prędko stworzyłem kulę światła, która wybuchła tuż przed jego twarzą. Podbiegłem i z całej siły uderzyłem swoją masa ciała w tułów minotaura, który upadł na plecy. Nie chciałem zabijać.. lecz nie miałem liny by unieruchomić wroga. Utworzyłem wokół każdej z kończyn ogniste pętle, które parzyły jedynie podczas ruchu. Mężczyzna krzyczał czując jak coś parzy jego ręce i kopyta. Nie potrafił zrozumieć, że powinien zostać w bezruchu.
- Nie ruszaj się - Powiedziałem z zaciśniętymi zębami stojąc w odpowiedniej odległości, by nie dosięgnęło mnie silne tylne końskie kopyto. Nagle w ciele stworzenia znalazł się wielki topór.
- Tylko się męczył - Warknął wściekły niedźwiedź - Król wilkołaków się waha? Poprowadzisz ludzi ku zgubie - Wymieniliśmy wściekłe spojrzenia
- Nie każ mi żałować, że ruszyłem wam na ratunek - Powiedziałem wrogo - Gdzie wasz dowódca? - Zapytałem szorstko
- Broni naszej stolicy w górach tak samo jak reszta.. - Chrząknął patrząc na sam szczyt
- Jaka jest tam najszybsza droga? - Ruszyłem powoli w stronę naszego obozu, a wielki niedźwiedź poszedł w moje ślady.
- Jest tylko jedna droga na górę, każdy to wie - Fuknął
Bądź spokojny.. to tylko bezmózgi goryl.. pomyślałem, by poczuć się lepiej. Kiedy próbowałem się uspokoić lekko straciłem orientację w terenie. Próbując nie ukazywać temu olbrzymiemu zwierzakowi, że się zgubiłem ruszyłem w losowym kierunku. Tak, musiała mnie wziąć ta głupia duma. Kiedy zbliżałem się do krzaków, znów usłyszałem ten potężny i dość irytujący głos.
- Uważaj... pełno nastawiali tu pułapek na niedźwiedzie - Zerknąłem na niego za ramienia i pokiwałem głową
- Wątpię by to było na was skuteczne.. - Westchnąłem widząc potężną posturę.
Kiedy spojrzałem przed siebie zamarłem. Zobaczyłem białą jak śnieg waderę, która była pokryta czerwienią w okolicach tylnych łap. Prawa była przytrzaśnięta przez jedną z pułapek. Prędko podbiegłem do wpółprzytomnej wilczycy.
- Szybko otwórz to! - Krzyknąłem do towarzysza, który postąpił jak powiedziałem. Gdy niedźwiedź uwolnił wilczycę, ta cicho zaskomlała. - Spokojnie.. - Wyszeptałem biorąc ją na ręce.
Nie czas na gubienie się Avaresh, no już.. skojarz coś, skąd tutaj przyszedłeś?
< Ascrasia? Wybacz, nie miałem już siły opisywać co się stało po uratowaniu xD>
piątek, 30 grudnia 2016
Avaresh Godark - Król
R a n g a: Sierżant Główny
W ł a ś c i c i e l:
(H) talon - bystan666@gmail.com
Embarence Your Dreams
And Whatever happens
Proteckt your Honor
I m i ę: AvareshN a z w i s k o: Godark
P s e u d o n i m: Król Wilkołaków, Fountain pen (Wieczne pióro)
P ł e ć: Basior
T e r e n: TreantForrest
R a s a: Mieszanina krwi Wilkołaka i Gryfa
All living things
EVENTUALLY DIE
it's unavoidable
but as long as you REMEMBER
it will live on
in your heart forever
EVENTUALLY DIE
it's unavoidable
but as long as you REMEMBER
it will live on
in your heart forever
C h a r a k t e r: Można go poznać z dwóch perspektyw, przyjaciela i króla. Obie się od siebie różnią i nigdy nie pokrywają. Zacznę jednak od jego nieposkromionego i bystrego umysłu, gdy rządzi twardą ręką. Początkowo nie był akceptowany przez swój lud, uważali, że dowodzić powinien pełnokrwisty wilkołak. Dodatkowo na tronie zasiadł w bardzo młodym wieku. Mimo braku zaakceptowania, Avaresh rozpoczął rządy ogromnymi zmianami, w tym utworzył niepokonany sojusz, Przymierze. Teraz jest bezwzględnym władcą i bohaterem swego ludu. Jako niezwykły władca pokazał się również w oczach Draenei i Lizardów, których żołnierzami dowodził w czasie kataklizmu. Nie raz pokazał, że jego lud jest dla niego cenniejszy niż jego własna dusza. Tak uzyskał ich bezwzględne oddanie i zaufanie. Utrzymuje nieskazitelną reputację swoich ludzi, jeśli coś niedozwolonego stanie się na terenie Przymierza, bierze za to pełną odpowiedzialność. Nawet, gdy dojdzie do ataku Imperium z wcześniej nieprzewidzianej perspektywy. W czasie obrad, wypowiada się ze spokojem i dumą, lecz rozumie, że kiedy nie podziałają argumenty, musi podnieść głos, co mu się nierzadko zdarza. Na każdym spotkaniu idzie niekontrolowana wymiana zdań z królem niedźwiedzi. Oba osobniki niestety nie potrafią podtrzymać dumy jeśli przychodzi do konfrontacji. Mimo traktowania, każdego równo Avaresh uważa ich za bezmózgich osiłków, natomiast opinia Halforca na temat wilkołaków sięga do: jedynie wymądrzałych gadek i braku działania. Zdanie Avarasha jest bardzo szanowane przez dowódców poszczególnych ras, jest on nie tylko błyskotliwy, ale także dostał miano taktyka, jednak nie potrafi on dobrze rozłożyć ataków, jest on w tym co najmniej słaby. Jednak nazywają go tak, gdyż ma niezwykłe pomysły ulepszania zapraw obronnych. Mimo wieku, nadal jest brany za rozmarzonego młodzieńca. Dzięki niezwykle dobrym umiejętnościom logicznego myślenia i sokolego wzroku potrafi szybko podać przybliżoną liczbę atakujących przeciwników. Potrafi także prędko podejmować decyzje, lecz w połowie przypadków są one błędne, jednak dzięki szybkiemu reagowaniu straty są dużo mniejsze, niż jest to przypuszczane. Jest on bardzo punktualny i nie zabraknie go na żadnym bardziej lub mniej ważnym wydarzeniu. Kiedy do jego rąk dojdzie dokument mówiący o potrzebie wsparcia, wyśle je natychmiastowo nie zważając, czy jest to przegrana już bitwa, jednak sam zawsze rusza na pole bitwy. Jak mają ginąć jego ludzie, to on razem z nimi. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że doradcy mają rację mówiąc iż jest to nieodpowiedzialne zachowanie, gdyż bez króla nasza rasa szybko upadnie, jak i całe Przymierze tracąc jedno z najsilniejszych sojuszników. Ma on na to sposób, za każdym razem zostawia notkę z napisem imienia i nazwiska kolejnego następcy. Co śmieszniejsze za każdym razem widnieją na niej inne dane. Przez liczne walki utrzymał niezwykłą formę, przez co jest uważany za jednego z lepszych wojowników nie tylko Wilkołaków, ale także członków Przymierza. Niesie to jednak za sobą, również złe skutki, jego ciało jest w wielu miejscach okaleczone, raz stracił całą łapę oraz skrzydło, jednak te części ciała zostały przyszyte. Z powodu wiecznego, jak on to nazywa "zrzędzenia" doradców, stał się lekko rozkojarzony, przez co w pewnym momencie potrafi podać niezwykle mądry pomysł, a po chwili jakby zapomniał co powiedział i zaczyna rozpaczać, żałując tego co powiedział, bo jest święcie przekonany, że z jego ust wyszły same brednie. Warto wspomnieć, że względem swoich już genialnych pomysłów, popartych przez radę jest bardzo zdeterminowany i chce je wykonać na zaraz, nawet jeśli są to kilkuletnie prace. Jednak dzięki temu wilkołaki zyskały przydomek najlepszych budowlańców. Prace które zwykle trwają pięć lat, im zajmują maksymalnie trzy. Co potrafi dokonać człowiek, gdy ma przy sobie wsparcie, nie tylko ludzi, ale także władcy. Co oczywiście działa, również w drugą stronę. Avaresh czuje dumę z prowadzenia tak wspaniałego ludu, a słysząc powstałe już powitania na jego cześć "Wieczność czuwa nad Tobą" co jest także odwołaniem do jego pseudonimu "fountain pen" jest niezwykle szczęśliwy. W taki sposób stał się obiektem kultu, będąc praktycznie ubóstwianym przez swoich ludzi. Jest często wychwalany jako zbawiciel Przymierza, którzy często używają jego imienia w pożegnaniu lub powitaniu. Pojęcie, że "Wieczność czuwa nad Tobą" i wielki szacunek do króla
stał się charakterystycznym elementem kultury Wilkołaków, a sam Avaresh wyraża na to zgodę. Tak stało się to czymś na rodzaj codziennego powitania. Podczas bitew potrafi być niezwykle szlachetny, czasami uprzedza wrogów (spotykając ich kilka kilometrów przed wojskami Przymierza) i sugeruje im by zawrócili. Jedni uważają to za głupotę i lekkomyślność, drudzy powiadają, że niemożność zabijania nie jest słabością. Avaresh ma "talent" do jednania sobie ludzi, kiedy poznajesz go pierwszy raz masz wrażenie, że wszelkie historie na jego temat nie są ani trochę przesadzone i tak pozostanie póki ma na sobie koronę, a wraz z tym dumny chód i szlachetne słowa. Jednak, kiedy ten najbardziej ceniony przez niego przedmiot znajdzie się na czerwonej poduszce, nagle masz wrażenie, że te historyjki to jakieś żarty. W końcu jak spotykasz roześmianego wilka/człowieka na środku polany, dodatkowo zakrytego peleryną nigdy nie pomyślałbyś, że to król. W końcu tak się nie zachowują szlachcice. Dlatego, gdy na jego głowie ciąży coś tak poważnego, nie opuszcza zamku. Na temat jego wyglądu krążą jedynie plotki, a i tak rzadko kiedy ktoś go rozpozna. Kiedy staje się zwykłym basiorem, jest bardzo uszczęśliwiony pogodnymi wymianami zdań z resztą wilkołaków. Dzięki tej małej pustce niewiedzy na temat ich króla, może dowiedzieć się co dzieje się wśród jego ludu, dając wrażenie innym, że rozmawiają z kimś równym sobie. Poznaje w ten sposób także gwarę, która jest mu obca. Jednak już całkiem sprawnie się nią posługuje, gdyż w mieście znajduje się jego rodzina. Siostra Nozomi, matka Marin i brat Fargo. Pewnie myślicie czemu nie żyją w zamku jak bogacze. Ponieważ nie chcieli, postanowili zostać tam gdzie są teraz, a Avaresh to w pełni zaakceptował. Odwiedza ich w każdym możliwym momencie, a przy okazji może pobyć wśród swojego ludu. Więc tak poznajemy jaki jest za królewskimi murami. Pierwszą rzucającą się w oczy cechą jest to że chciałby zbawić cały świat i zakończyć wszelkie wojny. Sam zdaje sobie sprawę z tego, że to tylko dziecięce mrzonki, jednak z nich nie rezygnuje i jest pewien każdego słowa, które wyszło jego usta. Ma niezwykły talent jednania sobie ludzi, sam jego charakter sprawia, że inni chcą za nim podążać i go wspierać. W prywatnym towarzystwie wychodzi zwykle na głupka z przebłyskami mądrości, ponieważ zawsze chce poprawić komuś humor. Jako osoba z nie do końca sprawną łapą i skrzydłem, a w wypadku człowieka nogą i ręką, namawia zdrowych ludzi do wykorzystania swoich silnych nóg, by iść wciąż do przodu. O tak, lubi wspierać ludzi, a najbardziej uwielbia zafascynowane nim dzieci, wtedy jego inteligencja przekracza dopuszczaną normę. Wsłuchują się w każde jego słowo, ale nie można mu odmówić, że jego słowa w takich momentach są na prawdę pouczające. Pokazuje także jego heroizm, zrobiłby wszystko dla dobra innych. Pozostańmy jednak przy jego nastawieniu do obcych. Nie pokazuje wielu uczuć prócz miłego uśmiechu na ustach, a czasem nawet przyjaznego śmiechu. Jak bardzo ciekawy świata jak i ludzi. Nie ma trudności zadawać nawet najbardziej prywatne pytania. Każdego uważa za swojego przyjaciela, a jeśli ktoś nie chce nim być i ucieka się do wulgarnych słów to wyzywa go na pojedynek. Oczywiście pod warunkiem, że jeśli wygra zostaną przyjaciółmi. Równie dziecinny, naiwny i śmieszny sposób co w przypadku karteczki z imieniem następcy. Jednak podczas takich potyczek jest honorowy. Z chęcią dzieli się z ludźmi swoimi poglądami i nie stara się zmienić innych, przynajmniej oni tak myślą. Delikatnie przekazuje, że to co robią jest złe (jeśli rzeczywiście takie jest). Może się wydawać, że Avaresh wypracował chęć częściowego zauważenia. Jednak nie pod względem króla, a przyjaciela i towarzysza. Nie raz odczuwa srogą samotność i nie można mu odmówić delikatności wobec uczuć. Kiedyś dowiedział się przez to jaką wielką wadą jest chęć zemsty i każdego napotkanego od tego odciąga. Chęć to tylko początek, niestety nie ma rozwinięcia, jest dokonanie zemsty i to koniec... pozostaje po tym tylko żałować.
Z m i a n y: Avaresh zdobył potężne niebieskie skrzydła, które też są zasługą jego matki, wywodzącej się od gryfów, jednak początkowo były one ciemno brązowe. Ich rozpiętość dochodzi do 6 metrów, c Plamy o tym samym kolorze znajdują się także na uszach, a w okolicach jego oczu rosną pióra. Jego ogon jest pokryty granatowymi pasami niczym u tygrysa, co zajmuje ponad dwa metry, gdyż ogon sam w sobie jest niewyobrażalnie długi. Ostatnią i dość niepokojąco wyglądającą zmianą jest niebieski język.
M o c e: Najbardziej rozpoznawalną u niego umiejętnością, jest pozostawanie w formie prawdziwego wilkołaka. W dużej części dzięki temu nasza rasa otrzymała ten tytuł w Przymierzu. Kiedy staje się człowiekiem, jego uszy i ogon nie znikają, potrafi się także zatrzymać w dwunożnej formie lecz pozostawiając na sobie sierść oraz umiejętności fizyczne wilka.
Człowiek:- Jako człowiek jest posiadaczem dwóch żywiołów, ognia i światła. Posiada wielką dwuręczną broń, która kształtem przypomina tasak, jednak jej tylna część wygląda jak połówka słońca. Jest praktycznie większa od niego samego. Jego broń pomaga mu uwolnić moc światła, wykorzystuje to do oślepienia przeciwnika, który zwykle z niedowierzaniem i podziwem patrzy, jak wilkołak unosi coś o tak potężnej wadze. Drugi żywioł jest uwalniany z jego ciała, nie potrzebuje pomocniczego przewodnika, jak światło. Potrafi za pomocą umysłu kształtować ogniste kule, czy też bariery osłaniającego go przed atakami wroga. Jednak przez ciężką broń, szybko się męczy i nie działają na dłuższy okres czasu. Jest to także spowodowane jego oczami. Każde odzwierciedla jego moc, gdy używa światła świeci się zielone, gdy ognia natomiast fioletowe. Nie jest to łatwe do rozgryzienia, jednak jak do tego dojdzie wróg ma automatycznie lepszą pozycję.
Wilk:
- Jako wilk nie może popisać się urodzajem swoich umiejętności. Żywiołem, który posiada jest woda. Używa go zwykle ruchem ogona. Pasy znajdujące się na jego ogonie mogą w jednej chwili uderzyć w przeciwnika mocną falą energii. Potrafią się także przemienić w smugę wody, którą Avaresh zazwyczaj wykorzystuje do otoczenia swojego ciała w celach obronnych, często jest to także wydłużeniem jego ręki,
- Ma także mało istotną moc, która jednak jemu przynosi ogromną satysfakcję, brak starzenia się ciała, już pod ponad 60lat wygląda tak samo.
Never forget what you are.
The rest of the world will not.
Wear it like armor,
and it can never be
used to hurt you
The rest of the world will not.
Wear it like armor,
and it can never be
used to hurt you
S t a n o w i s k o: Król/Samiec Alpha
W i e k: 88lat-03.12 - Dzięki swojej mocy zakończył starzenie się w wieku 25 lat
C e c h y C h a r a k t e r y s t y c z n e:
C e c h y C h a r a k t e r y s t y c z n e:
- Potrafi szybko nawiązać z kimś dobry kontakt, dzięki temu ma dobre relacje z członkami Przymierza,
- Szybka regeneracja, przez posiadanie dużej wytrzymałości i witalności,
- Szybkie i rozważne podejmowanie decyzji,
- Podczas ważnych przemówień w ogóle nie odczuwa stresu,
- Szybko uczy się nowych mocy żywiołów,
- Umie się targować,
- Zna wszystkie języki używane na terenie przymierza i biegle się nimi posługuje.
R o z p o z n a w a l n o ś ć: Jako wilk nie posiada nic takiego, jednak jako człowiek na plecach nosi ciężką dwuręczną broń.
W y g l ą d: Biały dobrze zbudowany basior jest przyozdobiony na kilkumetrowym ogonie granatowymi pasami przypominającymi umaszczenie tygrysa. Ten sam kolor pojawia się w okolicach jego oczu, uszu i skrzydeł. Sierść sama w sobie jest najdłuższa w okolicach karku, a oddalając się od tej części ciała staje się coraz krótsza. Duże i potężne skrzydła dochodzą do 6 metrów długości, przy pełnej rozpiętości, co pozwala mu szybkie przemieszczanie się w powietrzu. Jego oczy nie posiadając białek, całe są pokryte głębokim jasnym odcieniem niebieskiego, który sprawia, że się mienią. Centralnie pod gałkami ocznymi znajdują się pióra, takie same jak na skrzydłach, nie utrudniają mu one widoczności, gdyż są bardzo sztywne. Jako człowiek Avaresh jest przystojnym dobrze zbudowanym młodym szatynem, w dość skąpym stroju. Ma na sobie w połowie pełną zbroję, gdyż znajduje się ona jedynie na dolnej partii ciała i rękach. Na klatce piersiowej nie posiada żadnego metalu, gdyż bron, która nosi jest na tyle ciężka, że z większym obciążeniem nie dałby sobie rady. Na głowie ma spiczaste uszy, a średniej długości włosy są zaczesane do tyłu. Wielka dwuręczna broń, która kształtem przypomina tasak, na tylnej części wygląda jak połówka słońca. Jest praktycznie większa od
niego samego. Często w tej fromie można dostrzec dokoła niego smugi ognia, jego moc jest automatycznie wytwarzana przez jego ciało i czasami nie zdaje sobie z tego sprawy.
O r i e n t a c j a: Heteroseksualny
Z a u r o c z e n i e: -
The old Cherokee told his grandson:
''My son, there's a battle between two wolves inside us all.
One is Evil
It's anger, jealousy, greed, resentment, inferiority, lies and ego.
The other is Good
It's joy, peace, love, hope, humility, kindness & truth.''
The boy thought about it, and asked:
''Grandfather, which wolf wins?''
The old man quietly replied:
"The one you feed."
H i s t o r i a: W czasie tworzenia.
C i e k a w o s t k i:
- Jeden z bonusów jest nazwany jego imieniem,
- Avaresh i dowódca niedźwiedzi nie przepadają za sobą, a sojusz nawiązali z czystej konieczności przetrwania ich ras,
- Kiedyś przez krótki okres dowodził dwoma innymi rasami, gdzie ma wdzięczność ich dowódców: Fando - Lizardy i Shattra - Draenei,
- Sam obmyślił plan budowy dzisiejszej stolicy Wilkołaków,
- Wypił miksturę nieśmiertelności,
- Bardzo lubi dbać o rośliny,
- Uwielbia wymykać się z zamku,
- Jego ręką i skrzydło są nadal podczas rehabilitacji,
- Swoje skrzydła traktuje tak samo jak przyjaciół i tak samo o nich mówi, np.: że nigdy go nie zawiodły.
J a k o C z ł o w i e k:
O c e n a: 1/0
G ł o s:
Intelekt: 180
Wytrzymałość: 95
Siła: 30
Zwinność: 50
Bonusy:
Siła: 30
Zwinność: 50
Bonusy:
Bonus zaawansowania - Dzięki temu może szybciej używać magicznych ataków
Subskrybuj:
Posty (Atom)




