Byłem mocno zmęczony i mając nadzieję na ciepły posiłek stanąłem przed niczego sobie karczmą. Byłem tuż obok drzwi gdy nagle rozległy się krzyki, trzaski... Ogólny rejwach i zapewne kolejna pijacka bitwa. Byłem zaskoczony tym wybuchem tego wszystkiego i stałem jak wmurowany nieopodal wejścia do tego już tak bardzo nie niczego sobie baru. Z wewnątrz budynku wyszedł niepozorny chłopak. Śnieżnobiałe włosy, chabrowe oczy i delikatne rysy twarzy nadawały mu niewinny, i dziecięcy wyraz twarzy, który bardzo mocno kłócił się z zakrwawionymi rękoma. Stałem jak słup soli niewierząc, że ta niepozorna postać mogła wywołać to zamieszanie. Chłopak w dłoni trzymał ciężką sakiewkę, którą otworzył i zaczął przeliczać pieniądze znajdujące się w niej.
- Rany, to ty wywołałeś tą całą aferę?! - wydobyłem w końcu z siebie zaskoczony głos.
Ta postać tak kłóciła się z krwią na rękach, że wciąż nie pasowała mi do tego zdarzenia.
- Czemu ja? - zapytał jak niewiniątko i pogłębił dziwny efekt.
Dopiero teraz, po dłuższym wpatrywaniu się w zakrawawione dłonie chłopaka, zauważyłem w nich wragmenty potłuczonego szkła. Auć, to musiało boleć. Mimowolnie się skrzywiłem.
- Ale nie zaprzeczysz miałem rację - powiedział nie zrozumiałe dla mnie zdanie i krótko się zaśmiał.
Zmarszczyłem lekko brwi zastanawiając się nad słowami nieznajomego.
- Co się tam w ogóle stało? - zapytałem chłopaka.
- Zostawiłem tam pełniutką sakiewkę i jak na cywilizowany kraj przystało poszedłem po nią z głupią nadzieją, że będę mógł ją spokojnie odebrać. Kiedy jednak wszedłem do środka patrzę, a tu moja sakieweczka jest główną wygraną w jakiejś karcianej rozgrywce. No to ja jak cywilizowany obywatel podchodzę do stolika i najspokojniej w świecie mówię, że sakiewka jest moja. No to ci przeklęci karciarze zaczynają się kłócić, że najpierw muszę ją wygrać i inne takie duperele... No i jakoś tak mnie sprowokowali, i jakoś tak wyszło. - mówił mocno gestykulując swoimi zakrwawionymi dłońmi.
Teraz cała sytuacja nabrała sensu i jasności dla mego zacofanego umysłu.
Chłopak jakby w ogóle nie zwracał na szkło wbite w jego ręce.
- Nie boli cię to? - zapytałem wciąż wpatrując się w rany.
- Trochę bol... Nie, nie, nie... Nie dam się ci wyleczyć! Nie przypadkowej i na dodatek rudej osobie spotkanej na ulicy! - mówił gorączkowo.
- Spokojnie jestem prawie wykwalifikowanym medykiem! - mówiłem jakby te słowa mogły uspokoić chłopaka.
- Prawie robi dużą różnicę! - krzyknął przerażony.
- Spokojnie, spokojnie... Wyjmę ci tylko to szkło, bo wda się zakażenie. Jako medyk zobowiązałem się pomóc każdej potrzebującej osobie. - powiedziałem mając nadzieję, że ta nędza gadka w czymkolwiek pomoże.
< Tantum? >
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 kwietnia 2017
środa, 19 kwietnia 2017
Od Doriana C.D Avaresh
Czemu nie może po prostu wyjść z budynku w ludzkiej skórze? Hmmm... To zaczyna być zastanawiające... Ale cóż kiedy dość mocno wyróżniasz się wyglądem od reszty cywilizacji, to ta ludność zaczyna cię mocno obserwować. Brzmi to prawie jak filozofia... Mogłem iść na filozofa, przynajmniej nie musiałbym brać udziału w tej wojnie o wolność. Tylko gdy wrodzy wojownicy wchodziliby do mojego domu to ja zastanawiałbym się nad sensem bytu na ziemi. Mógłbym nim zostać gdyby nie ta beznadziejna magia... Och i tak nic nie zmienię, więc może nie warto o tym myśleć. Dobra skup się. Skup się.
Rozejrzałem się dookoła. Apsalar prowadzona przez Arszennika. Czemu nazwałem go tak? Wracając, dziewczyna nawet nie próbowała się wyrwać. Szła że wzrokiem wbitym w kocie łby. Trochę mi jej szkoda. Nie zawsze była taka. Tyle wspólnych dni nas łączyło... Nie myśl o niej! Ona nie myślała o tobie kiedy uciekła! Nawet nie spojrzała...
Apsalar. Lekka ironia losu, bo sama wybrała to imię jako pseudonim. Prawdziwa Apsalar, w moim rodzinnym domu, to była bogini opiekująca się złodziejami. Ironia.
Dziewczyna nagle się szarpnęła, ale Arszennik nic sobie z tego nie zrobił tylko przyspieszył kroku. Apsalar, jak wszyscy złapani przestępcy, czując zbliżające się więzienie zaczęła się szarpać.
- Zaczekaj tutaj. - powiedział Arszennik.
Posłuszenie stanąłem przed drzwiami lochów, w końcu nie będę się wtrącał w sądownictwo i te inne zbędne rzeczy. Obserwowałem jak biało - granatowy ogon wilka powoli znika we wnętrzu budynku. Teraz tylko czekać. Tylko czekać, a może aż czekać? Podeszłem do najbliższej ławki i usiadłem na niej nasłuchując głośnych i charakterystycznych kroków wilka. Ziewnąłem przeciągle wciąż obserwując drzwi. Nuda robiła się niemiłosierna. Co on tam do jasnej masłej robi?! Ileż można siedzieć w jakiś lochach?!
<Avaresh? Sorry za długość i czas oczekiwania>
piątek, 24 marca 2017
Od Doriana C.D Mishabiru
Coś złego działo się z moim towarzyszem. Przeszywający krzyk przeszedł przez całą jaskinię. Wilkołak upadł. Jego plecy wygięły się w łuk, ciało całe drżało w potwornym cierpieniu. Krzyki przechodziły przez jaskinię. Zła moc wprost promieniowała z jego ciała i wszechobecnych kości. nagle wstał jakby nigdy nic. Wyglądał jednak dość złowrogo. Coś było mocno nie tak. Zacząłem się cofać, a on cały czas stał w miejscu. Uderzyłem plecami w chropowatą ścianę. Wapień. Mishabiru podniósł wreszcie twarz. Szkarłatne oczy zmieniły barwę na całkowicie czarną, usta przybrały groźny wyraz i pokazały białe, spiczaste zęby. W dłoni mężczyzny pojawiła się srebrzysta katana, która lśniła w blasku ognia spod sklepienia jaskini. Ciało Mischabiru zostało rzucone o ścianę. Później ciężko upadł na twardą podłogę. Zacisnął dłonie w pięści . Walczył z czymś. Tylko z czym? Co tu się właściwie dzieje? Pytania brzęczały mi w głowie. Podniósł znów na mnie ten krwiożerczy wzrok. Rzucił się w moim kierunku, ale ostatecznie zboczył z kierunku i znowu wylądował na ścianie. Podniósł się i ruszył w moim kierunku. Ogień! Momentalnie poczułem żar w dłoni. Nie celowałem w wilkołaka. Chciałem go tylko spowolnić, brzmi jak tłumaczenie psychopaty. Ogień muskał brzegi jego płaszcza.
- Stój! - krzyknąłem zrozpaczony kiedy on nie zwalniał.
Ogień coraz bardziej mnie do siebie wzywał. Żar czułem na każdym skrawku skóry, gorąco robiło się nieznośne. Tupnąłem w podłoże nogą jak zdenerwowana księżniczka. Linia płomieni rozdzieliła mnie od Mischabiru. Ogień buchał co chwila w górę. Wilkołak zaczął się cofać, czy nadal z tym walczył? Moje wszystkie wątpliwości rozwiał piorun, który uderzył tuż nad moją głową. Upadłem. Krew polała się z moich nie osłoniętych łokci. Momentalnie zacząłem grzebać w swojej torbie. Czy wszystko muszę mieć w tych nieporęcznych słoikach? Pioruny uderzały coraz bliżej mnie. Chwila... Jest! Zerwałem się i epicko przeskoczyłem przez płomienie, mimo, że po prostu mógłbym je zniknąć. Wylądowałem na mężczyźnie. Przyłożyłem mu zioła do twarzy. Oczu zaczęły mu łzawić. Próbował mnie z siebie zrzucić, ale z każdą chwilą słabł. jego klatka piersiowa unosiła się powoli. Żyje, to dobrze, że udało mi się nie przesadzić z dawką... Zasnął, a ja zeszłam z niego i położyłem się obok. Zakryłem twarz w dłoniach. Co teraz? Co się dzieje z nim?
< Mischabiru? >
- Stój! - krzyknąłem zrozpaczony kiedy on nie zwalniał.
Ogień coraz bardziej mnie do siebie wzywał. Żar czułem na każdym skrawku skóry, gorąco robiło się nieznośne. Tupnąłem w podłoże nogą jak zdenerwowana księżniczka. Linia płomieni rozdzieliła mnie od Mischabiru. Ogień buchał co chwila w górę. Wilkołak zaczął się cofać, czy nadal z tym walczył? Moje wszystkie wątpliwości rozwiał piorun, który uderzył tuż nad moją głową. Upadłem. Krew polała się z moich nie osłoniętych łokci. Momentalnie zacząłem grzebać w swojej torbie. Czy wszystko muszę mieć w tych nieporęcznych słoikach? Pioruny uderzały coraz bliżej mnie. Chwila... Jest! Zerwałem się i epicko przeskoczyłem przez płomienie, mimo, że po prostu mógłbym je zniknąć. Wylądowałem na mężczyźnie. Przyłożyłem mu zioła do twarzy. Oczu zaczęły mu łzawić. Próbował mnie z siebie zrzucić, ale z każdą chwilą słabł. jego klatka piersiowa unosiła się powoli. Żyje, to dobrze, że udało mi się nie przesadzić z dawką... Zasnął, a ja zeszłam z niego i położyłem się obok. Zakryłem twarz w dłoniach. Co teraz? Co się dzieje z nim?
< Mischabiru? >
sobota, 18 marca 2017
Od Doriana C.D Avaresh
Mięśnie dziewczyny powoli się napinały. Była przygotowana do ataku, ale czy to wykorzysta? Czy może ucieknie tak jak kiedyś? Dałeś się wplątać, Dorian. Dałeś się wplątać... Było od razu pójść i kupić to co potrzebujesz. Apsalar nie raczyła odpowiedzieć mojemu towarzyszowi. Przybrała groźną minę, która mocno kontrastowała z jej mizernym wzrostem.
- Nie wasza sprawa. A zwłaszcza twoja, myślałam, że umiesz dobrze wybierać strony. - warknęła w końcu, patrząc na mnie spod zmarszczonych brwi.
Jej słowa mocno mnie wkurzyły.
- Czyżby? A ty niby kogo wybrałaś, co?! Ja przynajmniej robię coś dobrego dla tego kraju! - krzyknąłem zdenerwowany.
Kraju? To Przymierze jest krajem? Może nie zwróci na to uwagi... Serio powiedziałem coś tak głupiego. Dlaczego mam tak spokojne myśli i tak zdenerwowany głos?
- Walka dla pokoju jest jak kłamstwo dla prawdy! Nie umiesz zadbać o siebie. Nie radzisz sobie z tym kim jesteś, Dorian. Dlatego wybrałeś Przymierze, bo chciałeś, żeby ktoś się tobą zajął! - usłyszałem groźny ton dziewczyny.
Może faktycznie to kraj... Ale z niej pinda. Nadal chce mi to wypominać! Ale to ona na koniec uciekła nie ja! Bo byłem zbyt słaby, zbyt mało samodzielny... Ale to ona wkręciła mnie w ten chory świat! To ona się mną zajęła...
- Wiesz co? Wali mnie to. Ja przynajmniej nie próbuję wybuchnąć miasta! - krzyknąłem do Apsalar trochę bardziej obojętnym tonem niż wcześniej.
Ta uniosła drwiąco brwi. Spojrzałem na Arszennika. Czemu nadal go tak nazywam? Był mocno zdezorientowany, w sumie nie dziwię się. Znaleźliśmy coś co może wybuchnąć pół miasta, jeszcze na dodatek kłócę się z dziewczyną, która prawdopodobnie jest za to odpowiedzialna. Jestem geniuszem, po prostu zawsze umiem trzymać się z daleka od kłopotów. Zawsze... Mocno w to wdepłeś, Dorian. Mogłem nie wchodzić na ten głupi dach... Albo nie wchodzić do baru. Najlepiej w ogóle tu nie przyjeżdżać, ale cóż stało się. Teraz trzeba tylko jakoś wygrzebać się z tego błota.
- Znalazłeś cegiełkę? Widzisz nigdy nie przesłałeś i nie przestaniesz być tym Dorianem, którego znam. Jego też w to wciągnąłeś? Co? Widzisz jesteś słaby. Powinieneś przyjść sam i załatwić to jak za starych dobrych lat. - mówiła drwiącym głosem.
Odrzuciła do tyłu delikatnie różowe włosy, które tak nie pasowały do jej charakteru...
- Nie możesz przestać? Nie możesz wreszcie zrozumieć, że tak nie można żyć? Nie chcesz niczego osiągnąć? - zapytałem szeptem.
Może ona wreszcie przestanie robić to co robi? Może się zmieni? Nadzieja matką głupich, a ty Dorian jesteś wyjątkowo głupi.
- Ja już osiągnęłam. Jestem jednym z bardziej wpływowych przemytników w tym mieście. Ty też mógłbyś być. - rzuciła jakby od nie chcenia.
Ptzemytników? Czemu tak otwarcie się do tego przyznajesz? Moglibyśmy przecież uciec i powiedzieć o tym Królowi, czy innemu gościowi, który niby jest ważny, a nikt go nigdy nie widział.
- Nie po tym wszystkim! - wściekłość znowu do mnie wróciła.
Czy ona musi być tak denerwująca? Nie możemy porozmawiać jak cywilizowani ludzie? W sumie raczej wilkołaki...
- O przeszłości trzeba zapomnieć, Dorianie. - powiedziała drapieżnie.
O tak najlepsze rady Apsalar... A ty zapomniałaś o swojej przeszłości? Nie!
- Nie możesz po prostu go rzucić? Widzę napięcie w tobie, jesteś przygotowana do ataku. Rzuć tym sztyletem i ja, i ty będziemy mieli to z głowy! Wiesz, że nie zdążę się uchylić... - dodałem szeptem.
Miałem już tego beznadziejnie dosyć. Tak przynajmniej może uda się ją wkręcić w jakąś akcję. I nie będzie mówić mi o tym co było...
Co ja właściwie mówię? Dorian opanuj się. Kontrola. Nie mów co myślisz. Najlepiej w ogóle milcz. Milczenie jest złotem, a mowa srebrem. A czymże jest więc walka i wojna? Krwią? A może ludźmi, którzy biorą w niej udział i giną? Czymże jesteś droga wojenko?
< Dobra, przyznaje też nie mam za bardzo na to pomysłu. Avaresh? >
- Nie wasza sprawa. A zwłaszcza twoja, myślałam, że umiesz dobrze wybierać strony. - warknęła w końcu, patrząc na mnie spod zmarszczonych brwi.
Jej słowa mocno mnie wkurzyły.
- Czyżby? A ty niby kogo wybrałaś, co?! Ja przynajmniej robię coś dobrego dla tego kraju! - krzyknąłem zdenerwowany.
Kraju? To Przymierze jest krajem? Może nie zwróci na to uwagi... Serio powiedziałem coś tak głupiego. Dlaczego mam tak spokojne myśli i tak zdenerwowany głos?
- Walka dla pokoju jest jak kłamstwo dla prawdy! Nie umiesz zadbać o siebie. Nie radzisz sobie z tym kim jesteś, Dorian. Dlatego wybrałeś Przymierze, bo chciałeś, żeby ktoś się tobą zajął! - usłyszałem groźny ton dziewczyny.
Może faktycznie to kraj... Ale z niej pinda. Nadal chce mi to wypominać! Ale to ona na koniec uciekła nie ja! Bo byłem zbyt słaby, zbyt mało samodzielny... Ale to ona wkręciła mnie w ten chory świat! To ona się mną zajęła...
- Wiesz co? Wali mnie to. Ja przynajmniej nie próbuję wybuchnąć miasta! - krzyknąłem do Apsalar trochę bardziej obojętnym tonem niż wcześniej.
Ta uniosła drwiąco brwi. Spojrzałem na Arszennika. Czemu nadal go tak nazywam? Był mocno zdezorientowany, w sumie nie dziwię się. Znaleźliśmy coś co może wybuchnąć pół miasta, jeszcze na dodatek kłócę się z dziewczyną, która prawdopodobnie jest za to odpowiedzialna. Jestem geniuszem, po prostu zawsze umiem trzymać się z daleka od kłopotów. Zawsze... Mocno w to wdepłeś, Dorian. Mogłem nie wchodzić na ten głupi dach... Albo nie wchodzić do baru. Najlepiej w ogóle tu nie przyjeżdżać, ale cóż stało się. Teraz trzeba tylko jakoś wygrzebać się z tego błota.
- Znalazłeś cegiełkę? Widzisz nigdy nie przesłałeś i nie przestaniesz być tym Dorianem, którego znam. Jego też w to wciągnąłeś? Co? Widzisz jesteś słaby. Powinieneś przyjść sam i załatwić to jak za starych dobrych lat. - mówiła drwiącym głosem.
Odrzuciła do tyłu delikatnie różowe włosy, które tak nie pasowały do jej charakteru...
- Nie możesz przestać? Nie możesz wreszcie zrozumieć, że tak nie można żyć? Nie chcesz niczego osiągnąć? - zapytałem szeptem.
Może ona wreszcie przestanie robić to co robi? Może się zmieni? Nadzieja matką głupich, a ty Dorian jesteś wyjątkowo głupi.
- Ja już osiągnęłam. Jestem jednym z bardziej wpływowych przemytników w tym mieście. Ty też mógłbyś być. - rzuciła jakby od nie chcenia.
Ptzemytników? Czemu tak otwarcie się do tego przyznajesz? Moglibyśmy przecież uciec i powiedzieć o tym Królowi, czy innemu gościowi, który niby jest ważny, a nikt go nigdy nie widział.
- Nie po tym wszystkim! - wściekłość znowu do mnie wróciła.
Czy ona musi być tak denerwująca? Nie możemy porozmawiać jak cywilizowani ludzie? W sumie raczej wilkołaki...
- O przeszłości trzeba zapomnieć, Dorianie. - powiedziała drapieżnie.
O tak najlepsze rady Apsalar... A ty zapomniałaś o swojej przeszłości? Nie!
- Nie możesz po prostu go rzucić? Widzę napięcie w tobie, jesteś przygotowana do ataku. Rzuć tym sztyletem i ja, i ty będziemy mieli to z głowy! Wiesz, że nie zdążę się uchylić... - dodałem szeptem.
Miałem już tego beznadziejnie dosyć. Tak przynajmniej może uda się ją wkręcić w jakąś akcję. I nie będzie mówić mi o tym co było...
Co ja właściwie mówię? Dorian opanuj się. Kontrola. Nie mów co myślisz. Najlepiej w ogóle milcz. Milczenie jest złotem, a mowa srebrem. A czymże jest więc walka i wojna? Krwią? A może ludźmi, którzy biorą w niej udział i giną? Czymże jesteś droga wojenko?
< Dobra, przyznaje też nie mam za bardzo na to pomysłu. Avaresh? >
niedziela, 26 lutego 2017
Od Doriana C.D Mishabiru
Wstrzymałem oddech widząc rogate satyry. Dlaczego zaszły tak daleko? Ich terytoria są przecież tak daleko... W ustach nadal czułem metaliczny smak krwi dzika. Była dziwna. Prawie w ogóle nie spaczona przez magię. Dawno już nie widziałem zwierząt, które nie zostały dotknięte okrutną dłonią czarów. Cały świat został przejęty przez moc. Czy to nie jest absurdalne, że kłócimy się o magię, której nikt nie jest w stanie poskromić? Zabijamy się dla czegoś niewidzialnego, przelewamy krew za lepsze jutro, które nigdy nie nastąpi. Walczymy dla pokoju. Kiedyś usłyszałem te słowa, ale to tak jak kłamać dla prawdy, chorować dla zdrowia, umierać dla życia... Absurd. Miałem ochotę roześmiać się z tych słów. Moje jakże filozoficzne przemyślenia i tak nigdy nie zostaną wykorzystane. Wojna będzie coraz bardziej krwawa, a dopuszczalne straty coraz większe. Kiedyś i ja dołączę do tych, którzy zostaną zapomnieni. Bo czym jest jeden punkt w stosunku do tysiąca? Niczym. Rzuciłem okiem na mężczyznę po mojej lewej stronie. Czujnik wpatrywał się w satyry. Nie możemy się ruszyć, bo nas usłyszą. Trzeba by jakoś odwrócić ich uwagę i szybko się oddalić. Spojrzałem na to co zostało z dzika. Tyle mięsa się zmarnuje... Wracając do satyrów. Może rzucić kamieniem w drzewo. Nie to zbyt oklepane. Z drugiej strony to oszukanie satyrów nie będzie takie łatwe jak się wydaje. W końcu są dosyć inteligentne, a gdy spróbuję odwrócić ich uwagę może zdarzyć się coś odwrotnego i nas złapią. Hmmm... Za dużo nie wiem o satyrach, ale skoro ich kuzynowie - Irmidi - nie nadają się do walki to może jest to cecha wspólna. No ale zostaje jeszcze magia... Walić to. Ryzyk fizyk. Teraz tylko skup się. Kilkanaście metrów przed nami pojawił się płomień, który szybko przemieścił się do przodu. Nienawidzę magi, mimo że ciągle jej używam. Absurd, prawda? Jeden z satyrów przeszedł kilka kroków, w kierunku wciąż przemieszczającego się ognia. Niestety drugi spojrzał uważnie w naszym kierunku. Miałem już coś zrobić, na przykład rzucić sztyletem, kiedy jasne światło, tak jakby okrągły piorun, trafiło w sam środek piersi stworzenia. Satyr przykląkł na kolana z niemym okrzykiem na ustach. Ubranie w miejscu trafienia było spalone. Stworzenie wydając niezidentyfikowany, przeszywający dźwięk zapadło w sen, z którego nigdy się nie obudzi. Kto by pomyślał, że życie jest tak ulotne? Pierwszy satyr ze wściekłością wymalowaną na twarzy machnął trochę jakby od niechcenia ręką. Silny wiatr uderzył na nas z ogromną siłą. Złapałem się najbliższego drzewa żeby utrzymać się na nogach. Ogień, Dorian wyczaruj ogień! Silny płomień pojawił się przed stworzeniem. Szarpany przez nieznoszący sprzeciwu wiatr powoli pełzł do przodu. Spojrzałem na Mishabiru. Jego twarz wyrażała skupienie. Czyżby kolejny grom miał znów kogoś unicestwić? Jestem idiotą! Po co tworzyć ogień przed satyrem? Kolejny płomień pojawił się na stworzeniu i zapaliło jego długą szatę. Wiatr ustał. Podbiegłem do Mishabiru i pociagnąłem go za rękaw. Zacząłem biec, uciekać od płonącego satyra. Stopą zachaczyłem o wystający korzeń. Runąłem do przodu, ale nie uderzyłem w ziemię. Wpadłem w prost do ogromnego, ciemnego tunelu. Mishabiru, którego wciąż trzymałem za rękaw poszedł w moje ślady. W krótkim czasie uderzyliśmy w o dziwo miękkie podłoże.
- Mech. - szepnąłem ze zdziwieniem.
Roślina wydzielała światło, którego nie zauważyłem spadając w dół. Wstałem strącając z siebie mężczyznę, który wylądował na mnie. Zerwałem kawałek tego niezwykłego mchu.
- Fascynujące. - szepnąłem znowu.
Zebrałem sporą ilość rośliny, którą wrzuciłem do wolnego słoiczka w mojej torbie. Spojrzałem na mężczyznę, a w głowie rozbrzmiała mi jego groźba. Uśmiechnęłem się pod nosem. Co jak co, ale swojej torby nie oddam.
<Mishabiru?>
- Mech. - szepnąłem ze zdziwieniem.
Roślina wydzielała światło, którego nie zauważyłem spadając w dół. Wstałem strącając z siebie mężczyznę, który wylądował na mnie. Zerwałem kawałek tego niezwykłego mchu.
- Fascynujące. - szepnąłem znowu.
Zebrałem sporą ilość rośliny, którą wrzuciłem do wolnego słoiczka w mojej torbie. Spojrzałem na mężczyznę, a w głowie rozbrzmiała mi jego groźba. Uśmiechnęłem się pod nosem. Co jak co, ale swojej torby nie oddam.
<Mishabiru?>
piątek, 24 lutego 2017
Od Doriana C.D Avaresh
Więc kolejny pan idealny. Nie mógł po prostu zostawić tych kamieni i iść sobie? No rozumiem, że inaczej zrobi się wielkie bum i z miasta nic nie zostanie, ale przecież ja tu nie mieszkam, więc... No i oczywiście ktoś inny mógłby się tym zająć. Cicho westchnąłem i poszłem w ślady Arszennika. Cicho wylądowałem na podłodze pokrytej szkłem. Wstałem z przykucu i rozejrzałem się dookoła. Ciemno jak... No wiecie jak ciemno. Ledwo widziałem koniec nosa. Przeszedłem kilka kroków i wpadłem na Arszennika. Zatoczyłem się do tyłu lekko tracąc przy tym równowagę. W końcu jednak dałem radę stanąć prosto. Westchnąłem cicho, czy ja cały czas myślę tylko o wzdychaniu jak jakaś rozpieszczona księżniczka? Wyciągnąłem rękę do góry i zataczając nią koło wyczarowałem ogień, który rozświetlił pokój. Przynajmniej tyle dobrego z tej magi... Zacisnąłem ręce w pięści przypominając sobie coś. Spokojnie nic się nie dzieje... Odciąłem się od ponurych myśli. Spojrzałem na płomień, ktoś mógłby go zauważyć z okna. Ale co jak co, ale ja po ciemku chodzić nie będę. Tym razem dokładnie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Szare, lekko osmolone ściany ze zdrapaną chyba niebieską farbą, podrapane krzesło koło starych sosnowych drzwi. Żelazna, ciężka klamka i zamknięcie od wewnątrz. Brudny kiedyś zapewne biały sufit pokryty dość niepokojącymi obrazami. Ruszyłem do drzwi. Szkło lekko chrzęściło mi pod stopami, a płomień podążał za mną. Mężczyzna podążył za mną. Wadą bycia tak wielkim jest to, że chodzisz jak wielki, czarny niedźwiedź. Sięgnąłem po klamkę, ale za nim otworzyłem drzwi rzuciłem jeszcze wzrokiem na krzesło. Nie pasowało tutaj. Mimo obdrapanych nóg oparcie i siedzisko wciąż wyglądały zbyt dostojnie jak na to miejsce. Zastanawiające. Przekręciłem gałkę w drzwiach i wyszedłem na korytarz. Płomień oświetlił kolejne pomieszczenie. Kątem oka zauważyłem jakiś ruch. Zaciekawiony ruszyłem w tamtym kierunku. Przeszedłem dość spory kawałek drogi, a Arszennik zniknął mi z oczu. Coś niespodziewanie przygwoździło mnie do podłogi. Poczułem zimny dotyk stali na gardle. Instynktownie zrzuciłem z siebie postać. O dziwo była bardzo lekka. Poderwałem się szybko do góry. Postać również. Usłyszałem kroki Arszennika. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przyjrzałem się nieznajomej, bo postać była kobietą. Dla ostrożności wyjąłem sztylet z cholewki buta. Dziewczyna miała śnieżnobiałe włosy przyprószone lekko różowym. Długa blizna ciągnęła się przez lewy policzek, a nos był dziwnie mały i trochę nie pasował do groźnej twarzy. Usta wykrzywione w złośliwym uśmiechu i niebieskie oczy, które patrzy na mnie groźnie. Chuda, żylasta dłoń trzymała sztylet. W czasie gdy ja przyglądałem się dziewczynie podszedł do mnie nie kto inny jak Arszennik. Nagle postać wydała mi się znajoma. Zaskoczony prawie, że upuściłem broń.
- Apsalar? - zapytałem szeptem.
Dziewczyna otworzyła usta ze zdziwienia. Jej sztylet głucho upadł na podłogę. Wyprostowała się. Świat jest taki mały... Prawie, że na każdym kroku widzę kogoś znajomego... Rozpoznanie Apsalar tylko pogłębiło mój strach. Była groźna. I to bardzo.
<Avaresh?>
- Apsalar? - zapytałem szeptem.
Dziewczyna otworzyła usta ze zdziwienia. Jej sztylet głucho upadł na podłogę. Wyprostowała się. Świat jest taki mały... Prawie, że na każdym kroku widzę kogoś znajomego... Rozpoznanie Apsalar tylko pogłębiło mój strach. Była groźna. I to bardzo.
<Avaresh?>
wtorek, 21 lutego 2017
Od Doriana C.D Mishabiru
Czy powinniśmy coś zjeść? Zmarszczyłem brwi. Chyba tak. Tak powinniśmy coś zjeść, jestem nawet głodny. Czemu w ogóle zastanawiam się nad tym pytaniem? Mishabiru stał przede mną. W dłoni, na której miał czarną rękawiczkę trzymał długą katanę. Jej stalowe ostrze błyszczało w delikatnym świetle słońca, które wpadało przez okno. Broń wyglądała groźnie i przez nią ostre rysy mężczyzny wyglądały jeszcze groźniej.
- Tak. - mój głos mimo starań zabrzmiał lekko niepewnie.
Nie byłem pewien czy Mishabiru stwierdził, że powinniśmy tak zrobić czy pytał się o zdanie. Atmosfera między nami była tak gęsta, że można by ją jeść łyżką. Dorian, chyba za dużo myślisz o jedzeniu... Pomyślmy więc o czymś ważniejszym. Czemu mówię o sobie w liczbie mnogiej? To akurat nie jest ważne. Kim do jasnej Anielki jesteś Mishabiru? Nadal nie byłem pewien swojego stosunku do mężczyzny. Fakt wziął mnie do siebie do domu, kiedy bardzo odpowiedzialnie zasnąłem w środku lasu, ale... W sumie na razie wszystkie fakty przemawiają na jego korzyść. Zmrużyłem oczy jakby próbując znaleźć w jego postawie coś przemawiającego na jego niekorzyść. W sumie walić to. Mishabiru wtrącił mnie z moich jakże ważnych przemyśleń, chwytając płaszcz wiszący za moimi plecami. Przestraszony jego nagłym ruchem zacząłem machać rękami we wszystkie strony, przez co o mało nie spadłem z krzesła. Mishabiru z czarnym płaszczem w ręku patrzył na mnie jak na jakiegoś dziwaka, którym zapewne jestem. Udając, że wszystko było od początku przemyślane i zaplanowane wstałem z krzesła. Stałem teraz naprzeciwko mężczyzny i ze smutkiem zauważyłem, że jest ode mnie parę centymetrów wyższy.
- Idziemy? - zapytał z lekko uniesioną prawą brwią.
Pokiwałem głową. Jak on robi ten fikuśny wyraz twarzy? To nie jest ważne, nie lubię zatrzymywać potoku moich myśli, ale tym razem nie skończyłoby się dobrze. Poza tym chyba czegoś zapomniałem... Torba! Chwyciłem mój jakże męski atrybut i przyspieszyłem kroku doganiając Mishabiru, który nie wiadomo kiedy zaczął iść. Chwycił jak dla mnie lekko kiczowato zdobioną klamkę, ale moja ocena nie jest obiektywna, bo nienawidzę sztuki. Przekręcił ją i po chwili wyszliśmy z pomieszczenia. Od razu poczułem zapach palonego węgla. Delikatny powiew dymu ledwo dało się wyczuć. Lekko zbladłem. Pomacałem torbę jakby próbując sprawdzić jej zawartość. Cykuta, Arszennik, Tojad... Chyba wszystko będzie w porządku... Tak się kończy kiedy jesteś jakimś beznadziejnym zielnikiem. Niezauważalnie musnąłem Mishabiru palcem. Kopnął mnie prąd. Elektryczność. Strzepnął lekko obolały palec jakby miało to coś pomóc. Znowu musiałem lekko przyśpieszyć kroku żeby dogonić mężczyznę. Mishabiru stawał się coraz ciekawszą postacią i okrywała go peleryna tajemnicy i niewiedzy. Coraz bardziej interesowała mnie jego osoba.
< Mishabiru? >
- Tak. - mój głos mimo starań zabrzmiał lekko niepewnie.
Nie byłem pewien czy Mishabiru stwierdził, że powinniśmy tak zrobić czy pytał się o zdanie. Atmosfera między nami była tak gęsta, że można by ją jeść łyżką. Dorian, chyba za dużo myślisz o jedzeniu... Pomyślmy więc o czymś ważniejszym. Czemu mówię o sobie w liczbie mnogiej? To akurat nie jest ważne. Kim do jasnej Anielki jesteś Mishabiru? Nadal nie byłem pewien swojego stosunku do mężczyzny. Fakt wziął mnie do siebie do domu, kiedy bardzo odpowiedzialnie zasnąłem w środku lasu, ale... W sumie na razie wszystkie fakty przemawiają na jego korzyść. Zmrużyłem oczy jakby próbując znaleźć w jego postawie coś przemawiającego na jego niekorzyść. W sumie walić to. Mishabiru wtrącił mnie z moich jakże ważnych przemyśleń, chwytając płaszcz wiszący za moimi plecami. Przestraszony jego nagłym ruchem zacząłem machać rękami we wszystkie strony, przez co o mało nie spadłem z krzesła. Mishabiru z czarnym płaszczem w ręku patrzył na mnie jak na jakiegoś dziwaka, którym zapewne jestem. Udając, że wszystko było od początku przemyślane i zaplanowane wstałem z krzesła. Stałem teraz naprzeciwko mężczyzny i ze smutkiem zauważyłem, że jest ode mnie parę centymetrów wyższy.
- Idziemy? - zapytał z lekko uniesioną prawą brwią.
Pokiwałem głową. Jak on robi ten fikuśny wyraz twarzy? To nie jest ważne, nie lubię zatrzymywać potoku moich myśli, ale tym razem nie skończyłoby się dobrze. Poza tym chyba czegoś zapomniałem... Torba! Chwyciłem mój jakże męski atrybut i przyspieszyłem kroku doganiając Mishabiru, który nie wiadomo kiedy zaczął iść. Chwycił jak dla mnie lekko kiczowato zdobioną klamkę, ale moja ocena nie jest obiektywna, bo nienawidzę sztuki. Przekręcił ją i po chwili wyszliśmy z pomieszczenia. Od razu poczułem zapach palonego węgla. Delikatny powiew dymu ledwo dało się wyczuć. Lekko zbladłem. Pomacałem torbę jakby próbując sprawdzić jej zawartość. Cykuta, Arszennik, Tojad... Chyba wszystko będzie w porządku... Tak się kończy kiedy jesteś jakimś beznadziejnym zielnikiem. Niezauważalnie musnąłem Mishabiru palcem. Kopnął mnie prąd. Elektryczność. Strzepnął lekko obolały palec jakby miało to coś pomóc. Znowu musiałem lekko przyśpieszyć kroku żeby dogonić mężczyznę. Mishabiru stawał się coraz ciekawszą postacią i okrywała go peleryna tajemnicy i niewiedzy. Coraz bardziej interesowała mnie jego osoba.
< Mishabiru? >
środa, 15 lutego 2017
EVENT Od Doriana - "Więzień"
Zaniepokojeni czekaliśmy na powrót Sójeczki. Jego misja przedłużyła się już o pięć dni. Jakiś czas temu doszły nas plotki, że go złapali. I oto kolejny przykład na to, że nie można brać misji od króla, bo to prawie zawsze kończy się źle. Nasz kapitan chodził w kółko, a jego wzrok cały czas podążał na brzeg lasu w nadziei, że ujrzy Sójeczkę. Siedziałem oddalony od reszty oddziału na dużym głazie. Niespodziewanie do naszego obozu przyleciał ogromnym gołąb. Kapitan pochwycił go i zdjął maleńki list z nogi. Ptaka przekazał najbliższemu żołnierzowi, a sam rozwinął papier.
- Dorian! Chono mi tutaj! - usłyszałem jak wykrzykuje moje imię.
Niepewnie do niego podszedłem.
- Król się zgodził. Idziesz po Sójeczkę. Tylko masz nie ryzykować, jeśli go znajdziesz wyślij nam wiadomość. - kapitan wyciągnął tutaj niewielką mapę z kieszeni - Idziesz tutaj, przynajmniej wydaje się nam, że go tutaj uwięziono. Liczymy na szybkie wieści. Wyruszasz dzisiaj, czy jutro?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy znów mówił:
- To świetnie spakuj się i możesz iść.
Zdenerwowany ruszyłem po moje rzeczy. Nawet się nie spytał czy chcę tam iść. Nienawidzę tego jego optymizmu. Z kuchni zabrałem sporą ilość prowiantu i zmieniając się w wilka ruszyłem w stronę lasu. Czy Sójeczkę złapali? To byłoby dziwne, był świetnym szpiegiem i zwiadowcą. Zawsze wiedział co zrobić, żeby się nie wyróżniać. Chociaż pomagał mu w tym jego mało charakterystyczny wygląd. Jak go uwolnię? I kto go w ogóle złapał? Mało wiedziałem na temat jego misji, bo dostał ją prosto od króla. Ponoć nawet kapitan nie znał jej celu. Nagle przednia, lewa łapa została w miejscu, a ja runąłem do przodu. Spojrzałem na kończynę. Przylepiła się do niezidentyfikowanej, niebieskiej substancji. Wyszarpnąłem łapę i mocno zacząłem wycierać ją o trawę. Rozejrzałem się po okolicy, słońce było już tuż nad horyzontem. Nie tracąc czasu wznowiłem bieg. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami. Gdy nastał zmierzch położyłem się pod drzewem i nawet nic nie jedząc zasnąłem. Obudziłem się równo o świcie. Zjadłem porządne śniadanie niwelujące ogromny ból. Bez chwili zwłoki ruszyłem w dalszą podróż. Po południu dotarłem do miasta. Nie było wielkie, ale też nie małe po prostu zwykłej wielkości miasto. Zatrzymałem się przy skraju lasu. Od razu było widać, że miasto zostało przyjęte przez Imperium. Skrzydlate harpie siedziały na dachach budynków i obserwowały przerażonych mieszkańców. Ulice były prawie puste, tylko nieliczni byli na tyle odważni żeby wyjść z domu. Moje serce biło coraz szybciej. Harpie, piekielne harpie. Prawie, że panicznie się ich bałem. Do miasta udam się w nocy. Chociaż w sumie jak mnie złapią będzie to dość podejrzane... Hmmm... Chyba pójdę teraz, tylko trzeba wymyślić jakąś wiarygodną historię. Dobra, mam pomysł, jestem Andre i odwiedzam mojego kuzyna Johna. Tak wiem fascynująca historia. Wciąż nękany przez strach, wyszedłem z lasu, już jako człowiek i zacząłem iść w kierunku bramy. Serce w piersi waliło mi jak młot, próbowałem się uspokoić, ale bez skutku. Zwróciłem na siebie oczywiście uwagę, ale przybierając uśmiech potulnej osoby wszedłem do miasta. Potworne harpie wlepiły we mnie swój kobiecy wzrok. Nikt z ludzi nawet na mnie nie spojrzał, nikt mnie nie zatrzymał. Po wybrukowanych drogach niosła się echo moich kroków. Wciąż z znienawidzonym uśmiechem na ustach szedłem dalej. Nagle mój wzrok zobaczył metalową klatkę. Zatrzymałem się jak porażony, gdy zobaczyłem w niej Sójeczkę i jakąś kobietę. Mój dawny kompan siedział w rogu więzienia, nie zauważył mnie. Jego ubrania były podarte, skóra cała w brudzie i krwi... Nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem szyld jakiegoś baru. Otworzyłem jego drzwi i wszedłem do środka. Lokal o dziwo nie był pusty, jak się spodziewałem. Usiadłem w zacienionym kącie. Moje przybycie nie zwróciło niczyjej uwagi. Co było przerażająco dziwne. Wszyscy zachowywali się jakbym był niewidzialny, chyba za bardzo śmierdzę wilkołakiem.
- Kiedy wreszcie te ch**erne harpie sobie stąd pójdą? Mam dość życia w ukryciu! To moje miasto i nie zamierzam się chować! - krzyknął któryś z mężczyzn.
- Och upiłeś się tylko...
- I tak nic nie zrobimy. Widzieliście przecież gościa na rynku. Przeciwstawił się i niedługo go stracą.
- A ty rudy kim jesteś, co? - zwrócił się do mnie jeden z mężczyzn.
- Andre, przyjechałem do mojego kuzyna, Johna. - powiedziałem z fałszywym uśmiechem.
- Już ci wierzę. Pewnie jesteś kolejnym agentem imperium. - tu nieznajomy splunął mi pod nogi.
- Zostaw go ta pluskwa i tak nic nam nie zrobi.
- Jeszcze się przekonamy. Może jutro nie będzie tylko jednej egzekucji.
Mężczyźni zostawili mnie w końcu w spokoju. Tylko jak poinformować o tym wszystkim kapitana? I tak nikt nie zdoła dotrzeć na czas. Ale ukażą mnie jeśli nic nie zrobię. Nie mam odpowiedniego gołębia. Nie znam się aż tak na magi żeby przesłać wiadomość. Chwila Ognisty List! To jest myśl, ale nigdy tego nie robiłem. Oj zawsze musi być ten pierwszy raz. Z torby wyciągnąłem kawałek kartki i ołówek. Nakreśliłem szybko wiadomość i zastanowiłem się co dalej. Rozejrzałem się, znowu nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zacząłem pocierać palcami prawej dłoni o kciuk. Wytworzyła się smużka dymu, która przerodziła się w mały płomyczek. Drugą ręką sięgnąłem po kartkę i wsunąłem ją w ogień. Wyobraziłem sobie kapitana i karteczka po chwili zniknęła. Tylko co teraz? Gdy w głowie miałem już mniej więcej ułożony plan, nastał późny wieczór. Wyszedłem z baru na ulicę. Szedłem blisko ściany budynku, żeby harpie nie mogły mi się tak bacznie przyglądać. Ruszyłem do klatki. Moje kroki na szczęście nie odbijały się echem, więc bezpiecznie doszedłem do więzienia. Sójeczka siedział oparty o jej pręty. Dotknąłem go delikatnie w plecy.
- To ja, Dorian. Nie ruszaj się zaraz wyrwę cię z tej puszki. - szepnąłem mu do ucha.
Wyjąłem z torby silny kwas, który po chwili rozpuścił delikatnie pręty. Na tyle żeby je wyłamać. Ja jednak postąpiłem subtelniej i po prostu wyciąłem je sztyletem. Mężczyzna dotknął kobietę w ramię i po chwili oboje wyszli z klatki. Niespodziewanie rozległ się przeraźliwy krzyk. Harpia. I tak zauważyły nas o trzy sekundy później niż się spodziewałem.
- Biegiem. - rzuciłem do byłych więźniów.
Harpie zleciały z budynków, a my uciekaliśmy ciasnymi uliczkami. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, teraz! Upadłem na ziemię, a za mną Sójeczka i kobieta. Rękami znalazłem już studzienkę, którą zobaczyłem rano. Otworzyłem ją.
- Do środka! - krzyknąłem.
Oboje posłusznie weszli. Poszedłem za ich śladem, a moją chowającą się głowę mocno próbował drapnąć szpon harpii. Zacząłem się jednak ręką i chwilę później poczułem na niej mocne pieczenie. W końcu jednak wylądowałem w ciemnym tunelu.
- Kanalizacja. - szepnąłem do nich cicho.
Rozpaliłem mały płomyczek, żeby oświetlił nam drogę. W lewo czy w prawo? Chyba w prawo, poza miasto.
- Dorian? - szepnęła kobieta.
Dopiero teraz uważniej przyjrzałem się jej twarzy. Krótkie blond włosy okalały jej owalną twarz, bystre, brunatne oczy patrzyły na mnie ze zdziwieniem. Wąskie usta szeptały moje imię, a długi nos wciągał powietrze.
- Lorn? - zapytałem się zaskoczony.
Rozległ się kolejny mrożący w żyłach krzyk.
- Idziemy. - powiedziałem pewnie.
Ruszyłem szybkim krokiem.
- Myślałem, że już nie żyjesz. - rzuciłem jeszcze do kobiety.
- Nie tak łatwo jest się mnie pozbyć. - oznajmiła i lekko uśmiechnęła się pod nosem.
- Skąd ty się tu w ogóle wziąłeś? - zmienił temat Sójeczka.
- Kapitan mnie wysłał.
Tymi słowami skończyłem naszą rozmową i resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Kanalizacja skończyła się tuż za miastem i z ulgą odetchnąłem świeżym powietrzem. W mieście rozlegały się jeszcze pojedyncze krzyki, więc czym prędzej ruszyliśmy do lasu. Kiedy uznaliśmy, że już oddaliliśmy się na odpowiednią odległość położyliśmy się spać. Ja jednak wyjąłem jeszcze dwie kartki. Na jednej napisałem wiadomość do kapitana o przebiegu myśli i wysłałem ją tak jak poprzednią. Na drugiej szybko nabazgrałem kilka słów i położyłem w widocznym miejscu. Obok dołożyłem jeszcze sporą ilość prowiantu i mapę, gdzie zaznaczyłem nasze położenie i obóz kapitana. Zmieniłem się w wilka i biegiem ruszyłem przed siebie.
- Dorian! Chono mi tutaj! - usłyszałem jak wykrzykuje moje imię.
Niepewnie do niego podszedłem.
- Król się zgodził. Idziesz po Sójeczkę. Tylko masz nie ryzykować, jeśli go znajdziesz wyślij nam wiadomość. - kapitan wyciągnął tutaj niewielką mapę z kieszeni - Idziesz tutaj, przynajmniej wydaje się nam, że go tutaj uwięziono. Liczymy na szybkie wieści. Wyruszasz dzisiaj, czy jutro?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy znów mówił:
- To świetnie spakuj się i możesz iść.
Zdenerwowany ruszyłem po moje rzeczy. Nawet się nie spytał czy chcę tam iść. Nienawidzę tego jego optymizmu. Z kuchni zabrałem sporą ilość prowiantu i zmieniając się w wilka ruszyłem w stronę lasu. Czy Sójeczkę złapali? To byłoby dziwne, był świetnym szpiegiem i zwiadowcą. Zawsze wiedział co zrobić, żeby się nie wyróżniać. Chociaż pomagał mu w tym jego mało charakterystyczny wygląd. Jak go uwolnię? I kto go w ogóle złapał? Mało wiedziałem na temat jego misji, bo dostał ją prosto od króla. Ponoć nawet kapitan nie znał jej celu. Nagle przednia, lewa łapa została w miejscu, a ja runąłem do przodu. Spojrzałem na kończynę. Przylepiła się do niezidentyfikowanej, niebieskiej substancji. Wyszarpnąłem łapę i mocno zacząłem wycierać ją o trawę. Rozejrzałem się po okolicy, słońce było już tuż nad horyzontem. Nie tracąc czasu wznowiłem bieg. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami. Gdy nastał zmierzch położyłem się pod drzewem i nawet nic nie jedząc zasnąłem. Obudziłem się równo o świcie. Zjadłem porządne śniadanie niwelujące ogromny ból. Bez chwili zwłoki ruszyłem w dalszą podróż. Po południu dotarłem do miasta. Nie było wielkie, ale też nie małe po prostu zwykłej wielkości miasto. Zatrzymałem się przy skraju lasu. Od razu było widać, że miasto zostało przyjęte przez Imperium. Skrzydlate harpie siedziały na dachach budynków i obserwowały przerażonych mieszkańców. Ulice były prawie puste, tylko nieliczni byli na tyle odważni żeby wyjść z domu. Moje serce biło coraz szybciej. Harpie, piekielne harpie. Prawie, że panicznie się ich bałem. Do miasta udam się w nocy. Chociaż w sumie jak mnie złapią będzie to dość podejrzane... Hmmm... Chyba pójdę teraz, tylko trzeba wymyślić jakąś wiarygodną historię. Dobra, mam pomysł, jestem Andre i odwiedzam mojego kuzyna Johna. Tak wiem fascynująca historia. Wciąż nękany przez strach, wyszedłem z lasu, już jako człowiek i zacząłem iść w kierunku bramy. Serce w piersi waliło mi jak młot, próbowałem się uspokoić, ale bez skutku. Zwróciłem na siebie oczywiście uwagę, ale przybierając uśmiech potulnej osoby wszedłem do miasta. Potworne harpie wlepiły we mnie swój kobiecy wzrok. Nikt z ludzi nawet na mnie nie spojrzał, nikt mnie nie zatrzymał. Po wybrukowanych drogach niosła się echo moich kroków. Wciąż z znienawidzonym uśmiechem na ustach szedłem dalej. Nagle mój wzrok zobaczył metalową klatkę. Zatrzymałem się jak porażony, gdy zobaczyłem w niej Sójeczkę i jakąś kobietę. Mój dawny kompan siedział w rogu więzienia, nie zauważył mnie. Jego ubrania były podarte, skóra cała w brudzie i krwi... Nie mogłem na to patrzeć. Zobaczyłem szyld jakiegoś baru. Otworzyłem jego drzwi i wszedłem do środka. Lokal o dziwo nie był pusty, jak się spodziewałem. Usiadłem w zacienionym kącie. Moje przybycie nie zwróciło niczyjej uwagi. Co było przerażająco dziwne. Wszyscy zachowywali się jakbym był niewidzialny, chyba za bardzo śmierdzę wilkołakiem.
- Kiedy wreszcie te ch**erne harpie sobie stąd pójdą? Mam dość życia w ukryciu! To moje miasto i nie zamierzam się chować! - krzyknął któryś z mężczyzn.
- Och upiłeś się tylko...
- I tak nic nie zrobimy. Widzieliście przecież gościa na rynku. Przeciwstawił się i niedługo go stracą.
- A ty rudy kim jesteś, co? - zwrócił się do mnie jeden z mężczyzn.
- Andre, przyjechałem do mojego kuzyna, Johna. - powiedziałem z fałszywym uśmiechem.
- Już ci wierzę. Pewnie jesteś kolejnym agentem imperium. - tu nieznajomy splunął mi pod nogi.
- Zostaw go ta pluskwa i tak nic nam nie zrobi.
- Jeszcze się przekonamy. Może jutro nie będzie tylko jednej egzekucji.
Mężczyźni zostawili mnie w końcu w spokoju. Tylko jak poinformować o tym wszystkim kapitana? I tak nikt nie zdoła dotrzeć na czas. Ale ukażą mnie jeśli nic nie zrobię. Nie mam odpowiedniego gołębia. Nie znam się aż tak na magi żeby przesłać wiadomość. Chwila Ognisty List! To jest myśl, ale nigdy tego nie robiłem. Oj zawsze musi być ten pierwszy raz. Z torby wyciągnąłem kawałek kartki i ołówek. Nakreśliłem szybko wiadomość i zastanowiłem się co dalej. Rozejrzałem się, znowu nikt nie zwracał na mnie uwagi. Zacząłem pocierać palcami prawej dłoni o kciuk. Wytworzyła się smużka dymu, która przerodziła się w mały płomyczek. Drugą ręką sięgnąłem po kartkę i wsunąłem ją w ogień. Wyobraziłem sobie kapitana i karteczka po chwili zniknęła. Tylko co teraz? Gdy w głowie miałem już mniej więcej ułożony plan, nastał późny wieczór. Wyszedłem z baru na ulicę. Szedłem blisko ściany budynku, żeby harpie nie mogły mi się tak bacznie przyglądać. Ruszyłem do klatki. Moje kroki na szczęście nie odbijały się echem, więc bezpiecznie doszedłem do więzienia. Sójeczka siedział oparty o jej pręty. Dotknąłem go delikatnie w plecy.
- To ja, Dorian. Nie ruszaj się zaraz wyrwę cię z tej puszki. - szepnąłem mu do ucha.
Wyjąłem z torby silny kwas, który po chwili rozpuścił delikatnie pręty. Na tyle żeby je wyłamać. Ja jednak postąpiłem subtelniej i po prostu wyciąłem je sztyletem. Mężczyzna dotknął kobietę w ramię i po chwili oboje wyszli z klatki. Niespodziewanie rozległ się przeraźliwy krzyk. Harpia. I tak zauważyły nas o trzy sekundy później niż się spodziewałem.
- Biegiem. - rzuciłem do byłych więźniów.
Harpie zleciały z budynków, a my uciekaliśmy ciasnymi uliczkami. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, teraz! Upadłem na ziemię, a za mną Sójeczka i kobieta. Rękami znalazłem już studzienkę, którą zobaczyłem rano. Otworzyłem ją.
- Do środka! - krzyknąłem.
Oboje posłusznie weszli. Poszedłem za ich śladem, a moją chowającą się głowę mocno próbował drapnąć szpon harpii. Zacząłem się jednak ręką i chwilę później poczułem na niej mocne pieczenie. W końcu jednak wylądowałem w ciemnym tunelu.
- Kanalizacja. - szepnąłem do nich cicho.
Rozpaliłem mały płomyczek, żeby oświetlił nam drogę. W lewo czy w prawo? Chyba w prawo, poza miasto.
- Dorian? - szepnęła kobieta.
Dopiero teraz uważniej przyjrzałem się jej twarzy. Krótkie blond włosy okalały jej owalną twarz, bystre, brunatne oczy patrzyły na mnie ze zdziwieniem. Wąskie usta szeptały moje imię, a długi nos wciągał powietrze.
- Lorn? - zapytałem się zaskoczony.
Rozległ się kolejny mrożący w żyłach krzyk.
- Idziemy. - powiedziałem pewnie.
Ruszyłem szybkim krokiem.
- Myślałem, że już nie żyjesz. - rzuciłem jeszcze do kobiety.
- Nie tak łatwo jest się mnie pozbyć. - oznajmiła i lekko uśmiechnęła się pod nosem.
- Skąd ty się tu w ogóle wziąłeś? - zmienił temat Sójeczka.
- Kapitan mnie wysłał.
Tymi słowami skończyłem naszą rozmową i resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Kanalizacja skończyła się tuż za miastem i z ulgą odetchnąłem świeżym powietrzem. W mieście rozlegały się jeszcze pojedyncze krzyki, więc czym prędzej ruszyliśmy do lasu. Kiedy uznaliśmy, że już oddaliliśmy się na odpowiednią odległość położyliśmy się spać. Ja jednak wyjąłem jeszcze dwie kartki. Na jednej napisałem wiadomość do kapitana o przebiegu myśli i wysłałem ją tak jak poprzednią. Na drugiej szybko nabazgrałem kilka słów i położyłem w widocznym miejscu. Obok dołożyłem jeszcze sporą ilość prowiantu i mapę, gdzie zaznaczyłem nasze położenie i obóz kapitana. Zmieniłem się w wilka i biegiem ruszyłem przed siebie.
wtorek, 14 lutego 2017
Od Doriana C.D Mishabiru
Zerwałem się gwałtownie z łóżka. Zaplątałem się w pościel i ciężko upadłem na podłogę. Podniosłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu. Gdzie ja holenderski holender jestem? Roztarłem stłuczoną głowę i napotkałem spojrzenie szkarłatnych oczu. Przełożyłem pościel z podłogi na łóżko i przysiadłem na jego brzegu. Schowałem twarz w dłoniach i lekko ignorując obecność nieznajomego, próbowałem zrozumieć tą sytuację. Przed oczami stanęła mi sytuacja z... Wczoraj? Tak to chyba było wczoraj. Zacisnąłem oczy wciąż nie rozumiejąc jak to się wszystko stało. Do niczego pożytecznego nie doszłem. Odgarnąłem włosy z czoła przy okazji natrafiając palcem na bliznę. Uśmiechnąłem się lekko prawie zapomniałem, że ją mam. Kiedyś natrafiłem na kobietę, która potrafiłaby ją usunąć, ale uznałem, że warto o wszystkim pamiętać. Nawet o bólu. Postanowiłem zostawić ją na pamiątkę drobnego błędu przez który o mało nie zginąłem. Uniosłem wzrok na mężczyznę. Jego kruczoczarne włosy opadły na blade czoło. Kim był? I czemu mi pomógł? Nagle sobie uświadomiłem, że czegoś mi brakuje. Moja torba! Przebiegłem lekko spanikowanym wzrokiem po pomieszczeniu. Zgubę odnalazłem na krześle pod ścianą. Ciekawe, czy do niej zaglądał... Nieznajomy wciąż na mnie patrzył, a ja wlepiłem wzrok prosto w jego szkarłatne oczy.
- Kim jesteś? - zapytał w końcu cichym tonem.
Nie było sensu kłamać, przynajmniej na razie. Imię i tak przecież mu za wiele nie da. Poza tym i tak byłem na straconej pozycji, bo znajdowałem się w jego domu. A jeśli jest z Imperium? Mogę uciec oknem. Jest zamknięte i nie mam czym go rozbić... Jeśli pobiegnę po torbę on wtedy zdąży wstać i do mnie dojść. Ale ja wtedy ruszę do okna i na nie skoczę. Dwie szyby po pięć milimetrów, dam radę się przebić. Wyląduje i zdążę uciec... Stop! Dorian, twoje rozmyślania nie mają sensu. On nie może być z Imperium, bo cię uratował. Poza tym zadał ci proste pytanie. Kim jestem? Mógłbym zagłębić się teraz w sens swojego istnienia, ale jemu chodziło raczej o imię.
- Dorian. - powiedziałem krótko mimo moich długich przemyśleń.
Ciągle patrzyłem w jego szkarłatne oczy. Kto pierwszy odwróci wzrok.
- Coś więcej? - zapytał moim zdaniem beznamiętnym tonem.
Jego brwi się lekko zmarszczyły, więc zapewne nad czymś myślał.
- Przymierze. - szepnąłem leciutko, chciałem mieć szansę żeby się w razie czego wybronić. Zawsze mogłem przecież powiedzieć, że źle usłyszał... Chyba za dużo myślę. Tak, zdecydowanie. I na dodatek sam ze sobą rozmawiam we własnej głowie. Skupiłem się znowu na mężczyźnie. Kiwnął powoli głową, a wzrok wbił w podłogę. Nastała dziwna cisza. Zacząłem obdrapywać skórki z prawego kciuka. Nerwowy tik, który towarzyszył mi od dawna. Nagle coś mi podrażniło nos. Chciałem się powstrzymać, ale nie mogłem...
- A aaa... Apsik!! - kichnąłem na cały głos.
Później jeszcze raz i kolejny. Szybkim krokiem podszedłem do torby i gdy szukałem w niej chusteczki kichnąłem po raz kolejny. W końcu ją znalazłem i wydmuchałem nos. Wrzuciłem ją z powrotem do torby i usiadłem tym razem na miękkim krześle.
- A ty kim jesteś? - zdziwiłem się moją śmiałością, a mój głos był lekko zachrypnięty po kichaniu.
< Mishabiru? >
- Kim jesteś? - zapytał w końcu cichym tonem.
Nie było sensu kłamać, przynajmniej na razie. Imię i tak przecież mu za wiele nie da. Poza tym i tak byłem na straconej pozycji, bo znajdowałem się w jego domu. A jeśli jest z Imperium? Mogę uciec oknem. Jest zamknięte i nie mam czym go rozbić... Jeśli pobiegnę po torbę on wtedy zdąży wstać i do mnie dojść. Ale ja wtedy ruszę do okna i na nie skoczę. Dwie szyby po pięć milimetrów, dam radę się przebić. Wyląduje i zdążę uciec... Stop! Dorian, twoje rozmyślania nie mają sensu. On nie może być z Imperium, bo cię uratował. Poza tym zadał ci proste pytanie. Kim jestem? Mógłbym zagłębić się teraz w sens swojego istnienia, ale jemu chodziło raczej o imię.
- Dorian. - powiedziałem krótko mimo moich długich przemyśleń.
Ciągle patrzyłem w jego szkarłatne oczy. Kto pierwszy odwróci wzrok.
- Coś więcej? - zapytał moim zdaniem beznamiętnym tonem.
Jego brwi się lekko zmarszczyły, więc zapewne nad czymś myślał.
- Przymierze. - szepnąłem leciutko, chciałem mieć szansę żeby się w razie czego wybronić. Zawsze mogłem przecież powiedzieć, że źle usłyszał... Chyba za dużo myślę. Tak, zdecydowanie. I na dodatek sam ze sobą rozmawiam we własnej głowie. Skupiłem się znowu na mężczyźnie. Kiwnął powoli głową, a wzrok wbił w podłogę. Nastała dziwna cisza. Zacząłem obdrapywać skórki z prawego kciuka. Nerwowy tik, który towarzyszył mi od dawna. Nagle coś mi podrażniło nos. Chciałem się powstrzymać, ale nie mogłem...
- A aaa... Apsik!! - kichnąłem na cały głos.
Później jeszcze raz i kolejny. Szybkim krokiem podszedłem do torby i gdy szukałem w niej chusteczki kichnąłem po raz kolejny. W końcu ją znalazłem i wydmuchałem nos. Wrzuciłem ją z powrotem do torby i usiadłem tym razem na miękkim krześle.
- A ty kim jesteś? - zdziwiłem się moją śmiałością, a mój głos był lekko zachrypnięty po kichaniu.
< Mishabiru? >
niedziela, 12 lutego 2017
Od Doriana C.D Mishabiru
Obserwowałem zafascynowany ogniste mustangi. Były takie piękne i niebezpieczne. Płomienie z ich ciał co chwila wzbijały się w górę. Ich oczy, jednak lśniły szaleństwem. Nie zauważyłem mężczyzny, który powoli cofał się w moim kierunku. Dopiero kiedy na mnie wpadł odskoczyłem jak oparzony. Mój wzrok padł na nieznajomego, który zaskoczony mi się przyglądał. Mój wzrok przykuł jednak jeden z rumaków, który ruszył szybkim kłusem w naszym kierunku. Instynktownie wyciągnąłem sztylet. Przymierzyłem się i po ułamku sekundy już leciał na bliskie spotkanie z koniem. Wbił się centralnie w środek głowy mustanga i utchnął. Rumak wyglądał niczym jednorożec z czeluści piekieł. Płomienie na koniu lekko przygasły, aż w końcu zniknęły. Kości zaczęły się rozsypywać. Najpierw ogon, później tylne nogi, kręgosłup, aż głowa stworzenia wylądowała u mych stóp. Mężczyzna szybko zareagował i już po chwili widziałem błyszczące ostrze katany. Pozostałe mustangi ruszyły w naszym kierunku. One są potępione, niezbyt bystre... Wiedziony myślą pociagnąłem mężczyznę w kierunku najbliższego cienia. Rozpędzone konie jakby o nas zapomniały i przebiegły obok. Przyjrzałem się uważnie mężczyźnie. Jego czarne jak heban włosy niesfornie opadły na szkarłatne oczy. Blada cera odcinała się wyraźnie pośród nocy. Instynktownie sprawdziłem kieszeni. Sztylet. Mój piękny sztylecik... Podbiegłem do głowy mustanga i wyciągnąłem z niej broń. Sztylet zaskwierszał i zaczął się rozpuszczać. Wyrzuciłem go szybko w śnieg. W powietrzu nagle zapachniało siatką. Skrzywiłem się z niesmakiem i rzuciłem trochę śniegu na broń. Było mi szkoda tego pięknego sztyletu. Tyle bitew z nim przeżyłem i dzięki niemu, a teraz rozpuszczał się w śniegu. Byłem dumny z mojej szybkiej reakcji, chociaż na początku dałem się omamić pięknym wyglądem mustanga. No, ale co poradzić? Zawsze ciągnęło mnie do ognia i był on też moją mocą. Zapach siarki lekko wywietrzał i można było teraz bezpiecznie oddychać. Adrenalina przestała krążyć mi w żyłach i dopiero teraz poczułem jak bardzo jestem wykończony. Roztarłem zmęczone oczy. Oparłem się o najbliższy pień drzewa. Mężczyzna zaczął się do mnie zbliżać. Chciałem się cofnąć, ale zapomniałem o wcześniejszej czynności. Nie byłem pewny zamiarów nieznajomego. Czułem, że jest wilkołakiem, ale q tych czasach nic nie jest pewne. Kto wie, może jest szpiegiem imperium? Ale wtedy czemu uciekałby przed potępionymi? A no tak one atakują wszystkich, nawet swoich. Mój wzrok przykuła falująca na wietrze peleryna. Czarna jak smoła z krótkim rękawem, pozwalała mężczyznie skryć się w cieniu. Chyba zaczynam bredzić. I czemu myślę o jakiś wdziankach? Och Dorian, kim ty w ogóle jesteś? Dziwakiem, który rozmawia sam ze sobą. Słyszałem jak mężczyzna coś do mnie mówi, ale sunąłem plecami po pniu aż uderzyłem o ziemię. Miałem gdzieś to, że jest mróz. Po prostu strasznie mi się chciało spać. To było dziwne. Może to przez te opary ze sztyletu? Nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie, bo głowa opadła mi na pierś. Zasnąłem, bardzo odpowiedzialnie zasnąłem obok nieznajomego gościa.
< Mishabiru? Sorry, na początku myślałem, że mam pomysł, ale coś mi nie poszło xd>
< Mishabiru? Sorry, na początku myślałem, że mam pomysł, ale coś mi nie poszło xd>
EVENT Od Doriana - "Magiczny Kamień"
Cały nasz stanął w długim szeregu.
- Dobra, w tym pudełku jest trzydzieści pięć kamieni po jednym na każdego. Bierzecie po jednym i jeśli traficie na ten z dużym "W" wystąpcie przed szereg. - powiedział szybko nasz kapitan.
Był oczywiście tak jak wszyscy w ludzkiej postaci. Miał około trzydziestu lat, śnieżnobiałe włosy i niebieskie spojówki. Po kolei ciągnęliśmy kamienie. Zgadnijcie, który wyciągnąłem. Tak oczywiście ten z tą głupią literą. Zrobiłem nieśmiało krok do przodu. Wszyscy wlepili we mnie spojrzenie.
- Dorian, przynajmniej nie stracimy kogoś ważnego. - zaśmiał się lekko - Chociaż wolałbym oddać kogoś innego. Będzie nam ciężko bez medyka. Choć muszę ci wytłumaczyć o co chodzi.
Odeszliśmy na bok, chociaż nadal czułem na sobie zaciekawiony wzrok. Mężczyzna podrapał się po karku.
- Dostaliśmy pismo od króla. - zaczął, a ja lekko gwizdnąłem pod nosem - Wiem, że nie zdarza się to często, ale kazał nam kogoś wysłać do Jednorożców. Ktoś ukradł im jakąś skałę czy coś. Wyruszasz już dziś. Do zobaczenia, towarzyszu Dorian. Chyba już się nie zobaczymy. Byłeś dobrym medykiem i żołnierzem, będziemy o tobie pamiętać. Pokój twojej duszy, Dorianie.
Było mi żal rozstawać się z tym oddziałem. Był on jednym z nielicznych z którym się związałem. Ludzie tutaj stali się zwartą grupą i będę pewnie za nimi tęsknić. Ruszyłem zasmucony po swój niewielki dobytek i trochę prowiantu na podróż. Byliśmy niedaleko Landrowal, więc pewnie dlatego musiał iść ktoś od nas. Zarzuciłem na prawe ramię moją nierozłączną torbę i ruszyłem w kierunku ciemnego lasu. Odwróciłem się jeszcze na chwilę. Mój oddział stał w ciasnej grupce i machał mi na pożegnanie. Zanim jeszcze zniknąłem w lesie odwzajemniłem gest. Zamieniłem się w wilka i ruszyłem szybkim biegiem. Gałązki lekko uderzały mnie po twarzy. Moje tempo było dobre i nie zwalniałem. Nagle noga wpadła mi do dziury i robiąc przepiękny przewrót w powietrzu uderzyłem o ziemię.
- To była najlepsza gleba w moim życiu. - szepnąłem wciąż lekko zdezorientowany.
Rozejrzałem się dookoła.
- Szkoda tylko, że nikt tego nie widział. - westchnąłem niezadowolony.
Nic mi się nie stało i ruszyłem dalej. Było już niedaleko, czułem nawet tutaj lekki zapach magi. Czyli wiało mięta, żywicą i wanilią. Przynajmniej ja czułem takie powonienie. Otrzepałem się z nieistniejącego kurzu po moim widowiskowym upadku i ruszyłem w kierunku miasta.
- Racz się zatrzymać wilku, jeśli ci życie miłe. - dobiegł mnie śpiewny głos zza drzewa.
Zmieniłem się w człowieka i uniosłem ręce do góry.
- Dlaczego zaszczyciłeś nas swą obecnością,wilku? - zapytał głos znowu.
- Przybyłem od wilkołaków, którym jak zapewne zauważyłaś jestem. Wysłano mnie tu z powodu jakiejś skały...
- Jakiejś skały? Więcej szacunku się należy się nam, młokosie. Me kopyta deptały trawę kiedy twój pradziad uczył się chodzić! - przerwał mi widocznie zdenerwowany głos.
- Przepraszam, jaśnie pani. Postaram się bardzie uważać na język.
O matko. To będzie beznadziejna misja. Jak można używać takich słów? "Jaśnie pani"! Jak to w ogóle brzmi? No Dorian porwałeś się na elokwencję. Och to będzie dłuuugi pobyt o jednorożców.
- Chodź do mnie, wilku- powiedział niepewnie głos.
Postać wyłoniła się zza drzewa. Była to czarna jak heban klacz z ogonem i grzywą w kolorze atramentu. Na środku czoła lśni długi, ostry, złocisty róg. Jej oczy były jasnoniebieskie, prawie, że białe. Ruszyłem w kierunku konia.
- Musisz związać sobie oczy, nikt nie może ujrzeć naszego miasta bez pozwolenia króla. - powiedziała cicho.
Zacząłem szperać w mojej torbie. Trochę to trwało zanim wyjąłem czarną tasiemkę. Zakryłem nią sobie oczy i położyłem dłoń na kłębie klaczy. Ruszyliśmy do przodu. Słyszałem różne głosy i kilka razy o coś się potknąłem. W końcu trwa zamieniła się w bruk, a ten przez nieznośnie długi czas pozostawał sobą. W końcu jednak ustąpił wydeptanej ziemi. Ponoć jezioro na lecznicze właściwości. Może pozwolili by mi trochę wziąć tej wody? Zawsze mogę ją podkraść jak nie będą patrzyli...
- Zaczekaj, wilku. - usłyszałem klacz.
Puściłem ją. Wkrótce usłyszałem jej miarowe uderzenie kopyt o ziemię, które ustało po pewnym czasie. Wsłuchiwałem się w śpiew ptaka po mojej lewej stronie, strzelam, że to słowik.
- Możesz zdjąć opaskę. - powiedział jakiś głos.
Dziwne, nie słyszałem jak do mnie przyszedł. Posłusznie zdjąłem tasiemkę z oczu. Zamrugałem lekko oślepiony światłem. Po mojej prawej stronie stał potężny jednorożec. Jego oczy były czarne jak pióra kruka, jego sierść była czerwona jak krew, a grzywa i ogon pomarańczowe. Rozejrzałem się dokładniej po okolicy. Ogromne jezioro sięgało prawie do mych stóp. Jego woda była lekko różowa, z daleka wydawała się znacznie gęściejsza od normalnej wody. Na jeziorze tworzyły się małe fale, a jego brzegi były porośnięte gęstym lasem.
- Ktoś skradł nam Magiczny Kamień. - zaczął jednorożec.
"Magiczny Kamień"? Nie można wymyślić czegoś bardziej kreatywnego?
- Ma on wielką moc uzdrawiania, która rozprzestrzeniła się na całe jezioro. Bez niego nie damy rady uzdrowić naszych chorych. I dlatego wilku prosimy cię o pomoc w jego odnalezieniu. Jeśli się zgodzisz to za twoim pozwoleniem dołączymy cię do grupy poszukującej kamień. Czy pomożesz nam, wilku? - dokończył koń.
- Oczywiście, gdzie znajdę tą grupę? - nawet się nie zastanawiając powiedziałem.
- Idź za mną. - rzucił koń i powoli ruszyliśmy.
Podziwiałem otaczającą nas okolicę. Drzewa były tu ogromne, a ich różnorodność mnie przytłaczała. Na zwykłej ziemi rosły setki odmian traw, a niektóre z nich były lecznicze. Dostrzegłem kilka bardzo rzadkich roślin, po które na pewno wrócę. Nawet nie zauważyłem kiedy doszliśmy do sporej wielkości domku.
- To tutaj, wilku. - powiedział jednorożec i zawrócił nawet na mnie nie patrząc.
Niepewnie zapukałem i nie czekając na odpowiedź otworzyłem drzwi. W pierwszej kolejności rzuciła mi się w oczy kobieta dranei. Jej fioletowa skóra i ogromne rogi stanowczo przykuwały wzrok. Później zobaczyłem pokaźnego niedźwiedzia, który czyścił wielki topór. Na koniec zobaczyłem dość niewielkiego rysia z Powietrznego Królestwa. Zebrani patrzyli na mnie uważnie. A ja udałem, że tego nie widzę i zamknąłem drzwi. Niepewnie ruszyłem w kierunku, jak mi się wydawało wolnego łóżka i na nim usiadłem.
- Czuję w tobie krew mego ludu, wilku. - przerwał tą niemiłosierną ciszę ryś.
- To długa rodzinna historia, której zapewne nie chciałbyś z własnej woli usłyszeć, rysiu. A tak właściwie, to na czym stoimy jeśli chodzi o kamień? - powiedziałem.
- Ktoś go wykradł z głębin jeziora, a my musimy go znaleźć. - oznajmiła dranei.
Miałem złudną nadzieję, że zdobyli więcej informacji.
- Pójdę się przejść. - oznajmiłem i wyszedłem.
Zajęty myślami o sprawie spacerowałem po lesie. Wykorzystałem też sytuację i uzupełniłem torbę. Dostrzegłem tu nawet kilka rodzajów trujących krzewów, które ostrożnie zebrałem. Ogarnięty nagłą potrzebą zbadania wody z jeziora zmieniłem się w wilka i ruszyłem biegiem w tamtym kierunku. Wkrótce stanąłem na brzegu i będąc znowu człowiekiem zanurzyłem dłoń w wodzie. Nabrałem trochę wody i ją powąchałem. Zapach miała waniliowy z lekką nutą mięty. Czyli czysta magia. Delikatnie ją polizałem, ale zaraz wyplułem ciecz. Smakowała najpierw metalem, później dziwnym połączeniem trawy z bananami, a na koniec brudną podeszwą buta. Wyjąłem największą buteleczkę z torby i napełniłem ją płynem. Starannie ją zakręciłem i schowałem. Do domku wróciłem na wieczór. Moi towarzysze już spali, a ja ostrożnie się położyłem. Odpłynąłem nawet tego nie zauważając. W nocy śniła mi się duża ryba świecąca na lekki róż. Było widać, że dożywa kresu swych dni. Była na płytkiej wodzie kiedy nagle spadła w dół obok kamienia wystającego z wody. Była nieżywa. Niespodziewanie zauważyłem, że brakuje mi tlenu i zacząłem się miotać w wodzie, która nie chciała mnie wypuścić. Obudziłem się i gwałtownie spadłem z łóżka. Moi towarzysze stali na około mnie. A ja dręczony wizją senną wybiegłem z łóżka.
- Mówiłem, że to dziwak. - dobiegł mnie jeszcze głos niedźwiedzia.
Pędziłem nad jezioro i stanąłem nad jego brzegiem. Szukałem wzrokiem kamienia z mojego snu. Widząc go podeszłem do niego. Od razu rzuciła mi się wielka ryba, której ciało mocno błyszczało na różowo. Uklęknąłem obok niej i wyjąłem ostry sztylet. Rozciąłem jej brzuch i triumfująco wyjąłem z niego kamień. Miał około dwudziestu centymetrów i nierównomierny kształt. Świecił na pudrowy róż. Niechcący mój sztylet odciął niewielki kawałek kamienia. Rozejrzałem się uważnie po okolicy i czując się jak przestępca wyjąłem słoiczek z torby i go tam wrzuciłem. Dopiero teraz spostrzegłem, że całe dłonie mam w kleistej krwi ryby. Wróciłem do domku. Wszyscy patrzyli na mnie jak na szaleńca, ale nie zważając na to postawiłem kamień na stole. Niedługo potem przyszedł jednorożec, ten który wczoraj przeprowadził mnie do domku. Ze zdziwieniem patrzył to na mnie, to na kamień.
- Znalazłeś go. - powiedział w końcu.
- Dobra, w tym pudełku jest trzydzieści pięć kamieni po jednym na każdego. Bierzecie po jednym i jeśli traficie na ten z dużym "W" wystąpcie przed szereg. - powiedział szybko nasz kapitan.
Był oczywiście tak jak wszyscy w ludzkiej postaci. Miał około trzydziestu lat, śnieżnobiałe włosy i niebieskie spojówki. Po kolei ciągnęliśmy kamienie. Zgadnijcie, który wyciągnąłem. Tak oczywiście ten z tą głupią literą. Zrobiłem nieśmiało krok do przodu. Wszyscy wlepili we mnie spojrzenie.
- Dorian, przynajmniej nie stracimy kogoś ważnego. - zaśmiał się lekko - Chociaż wolałbym oddać kogoś innego. Będzie nam ciężko bez medyka. Choć muszę ci wytłumaczyć o co chodzi.
Odeszliśmy na bok, chociaż nadal czułem na sobie zaciekawiony wzrok. Mężczyzna podrapał się po karku.
- Dostaliśmy pismo od króla. - zaczął, a ja lekko gwizdnąłem pod nosem - Wiem, że nie zdarza się to często, ale kazał nam kogoś wysłać do Jednorożców. Ktoś ukradł im jakąś skałę czy coś. Wyruszasz już dziś. Do zobaczenia, towarzyszu Dorian. Chyba już się nie zobaczymy. Byłeś dobrym medykiem i żołnierzem, będziemy o tobie pamiętać. Pokój twojej duszy, Dorianie.
Było mi żal rozstawać się z tym oddziałem. Był on jednym z nielicznych z którym się związałem. Ludzie tutaj stali się zwartą grupą i będę pewnie za nimi tęsknić. Ruszyłem zasmucony po swój niewielki dobytek i trochę prowiantu na podróż. Byliśmy niedaleko Landrowal, więc pewnie dlatego musiał iść ktoś od nas. Zarzuciłem na prawe ramię moją nierozłączną torbę i ruszyłem w kierunku ciemnego lasu. Odwróciłem się jeszcze na chwilę. Mój oddział stał w ciasnej grupce i machał mi na pożegnanie. Zanim jeszcze zniknąłem w lesie odwzajemniłem gest. Zamieniłem się w wilka i ruszyłem szybkim biegiem. Gałązki lekko uderzały mnie po twarzy. Moje tempo było dobre i nie zwalniałem. Nagle noga wpadła mi do dziury i robiąc przepiękny przewrót w powietrzu uderzyłem o ziemię.
- To była najlepsza gleba w moim życiu. - szepnąłem wciąż lekko zdezorientowany.
Rozejrzałem się dookoła.
- Szkoda tylko, że nikt tego nie widział. - westchnąłem niezadowolony.
Nic mi się nie stało i ruszyłem dalej. Było już niedaleko, czułem nawet tutaj lekki zapach magi. Czyli wiało mięta, żywicą i wanilią. Przynajmniej ja czułem takie powonienie. Otrzepałem się z nieistniejącego kurzu po moim widowiskowym upadku i ruszyłem w kierunku miasta.
- Racz się zatrzymać wilku, jeśli ci życie miłe. - dobiegł mnie śpiewny głos zza drzewa.
Zmieniłem się w człowieka i uniosłem ręce do góry.
- Dlaczego zaszczyciłeś nas swą obecnością,wilku? - zapytał głos znowu.
- Przybyłem od wilkołaków, którym jak zapewne zauważyłaś jestem. Wysłano mnie tu z powodu jakiejś skały...
- Jakiejś skały? Więcej szacunku się należy się nam, młokosie. Me kopyta deptały trawę kiedy twój pradziad uczył się chodzić! - przerwał mi widocznie zdenerwowany głos.
- Przepraszam, jaśnie pani. Postaram się bardzie uważać na język.
O matko. To będzie beznadziejna misja. Jak można używać takich słów? "Jaśnie pani"! Jak to w ogóle brzmi? No Dorian porwałeś się na elokwencję. Och to będzie dłuuugi pobyt o jednorożców.
- Chodź do mnie, wilku- powiedział niepewnie głos.
Postać wyłoniła się zza drzewa. Była to czarna jak heban klacz z ogonem i grzywą w kolorze atramentu. Na środku czoła lśni długi, ostry, złocisty róg. Jej oczy były jasnoniebieskie, prawie, że białe. Ruszyłem w kierunku konia.
- Musisz związać sobie oczy, nikt nie może ujrzeć naszego miasta bez pozwolenia króla. - powiedziała cicho.
Zacząłem szperać w mojej torbie. Trochę to trwało zanim wyjąłem czarną tasiemkę. Zakryłem nią sobie oczy i położyłem dłoń na kłębie klaczy. Ruszyliśmy do przodu. Słyszałem różne głosy i kilka razy o coś się potknąłem. W końcu trwa zamieniła się w bruk, a ten przez nieznośnie długi czas pozostawał sobą. W końcu jednak ustąpił wydeptanej ziemi. Ponoć jezioro na lecznicze właściwości. Może pozwolili by mi trochę wziąć tej wody? Zawsze mogę ją podkraść jak nie będą patrzyli...
- Zaczekaj, wilku. - usłyszałem klacz.
Puściłem ją. Wkrótce usłyszałem jej miarowe uderzenie kopyt o ziemię, które ustało po pewnym czasie. Wsłuchiwałem się w śpiew ptaka po mojej lewej stronie, strzelam, że to słowik.
- Możesz zdjąć opaskę. - powiedział jakiś głos.
Dziwne, nie słyszałem jak do mnie przyszedł. Posłusznie zdjąłem tasiemkę z oczu. Zamrugałem lekko oślepiony światłem. Po mojej prawej stronie stał potężny jednorożec. Jego oczy były czarne jak pióra kruka, jego sierść była czerwona jak krew, a grzywa i ogon pomarańczowe. Rozejrzałem się dokładniej po okolicy. Ogromne jezioro sięgało prawie do mych stóp. Jego woda była lekko różowa, z daleka wydawała się znacznie gęściejsza od normalnej wody. Na jeziorze tworzyły się małe fale, a jego brzegi były porośnięte gęstym lasem.
- Ktoś skradł nam Magiczny Kamień. - zaczął jednorożec.
"Magiczny Kamień"? Nie można wymyślić czegoś bardziej kreatywnego?
- Ma on wielką moc uzdrawiania, która rozprzestrzeniła się na całe jezioro. Bez niego nie damy rady uzdrowić naszych chorych. I dlatego wilku prosimy cię o pomoc w jego odnalezieniu. Jeśli się zgodzisz to za twoim pozwoleniem dołączymy cię do grupy poszukującej kamień. Czy pomożesz nam, wilku? - dokończył koń.
- Oczywiście, gdzie znajdę tą grupę? - nawet się nie zastanawiając powiedziałem.
- Idź za mną. - rzucił koń i powoli ruszyliśmy.
Podziwiałem otaczającą nas okolicę. Drzewa były tu ogromne, a ich różnorodność mnie przytłaczała. Na zwykłej ziemi rosły setki odmian traw, a niektóre z nich były lecznicze. Dostrzegłem kilka bardzo rzadkich roślin, po które na pewno wrócę. Nawet nie zauważyłem kiedy doszliśmy do sporej wielkości domku.
- To tutaj, wilku. - powiedział jednorożec i zawrócił nawet na mnie nie patrząc.
Niepewnie zapukałem i nie czekając na odpowiedź otworzyłem drzwi. W pierwszej kolejności rzuciła mi się w oczy kobieta dranei. Jej fioletowa skóra i ogromne rogi stanowczo przykuwały wzrok. Później zobaczyłem pokaźnego niedźwiedzia, który czyścił wielki topór. Na koniec zobaczyłem dość niewielkiego rysia z Powietrznego Królestwa. Zebrani patrzyli na mnie uważnie. A ja udałem, że tego nie widzę i zamknąłem drzwi. Niepewnie ruszyłem w kierunku, jak mi się wydawało wolnego łóżka i na nim usiadłem.
- Czuję w tobie krew mego ludu, wilku. - przerwał tą niemiłosierną ciszę ryś.
- To długa rodzinna historia, której zapewne nie chciałbyś z własnej woli usłyszeć, rysiu. A tak właściwie, to na czym stoimy jeśli chodzi o kamień? - powiedziałem.
- Ktoś go wykradł z głębin jeziora, a my musimy go znaleźć. - oznajmiła dranei.
Miałem złudną nadzieję, że zdobyli więcej informacji.
- Pójdę się przejść. - oznajmiłem i wyszedłem.
Zajęty myślami o sprawie spacerowałem po lesie. Wykorzystałem też sytuację i uzupełniłem torbę. Dostrzegłem tu nawet kilka rodzajów trujących krzewów, które ostrożnie zebrałem. Ogarnięty nagłą potrzebą zbadania wody z jeziora zmieniłem się w wilka i ruszyłem biegiem w tamtym kierunku. Wkrótce stanąłem na brzegu i będąc znowu człowiekiem zanurzyłem dłoń w wodzie. Nabrałem trochę wody i ją powąchałem. Zapach miała waniliowy z lekką nutą mięty. Czyli czysta magia. Delikatnie ją polizałem, ale zaraz wyplułem ciecz. Smakowała najpierw metalem, później dziwnym połączeniem trawy z bananami, a na koniec brudną podeszwą buta. Wyjąłem największą buteleczkę z torby i napełniłem ją płynem. Starannie ją zakręciłem i schowałem. Do domku wróciłem na wieczór. Moi towarzysze już spali, a ja ostrożnie się położyłem. Odpłynąłem nawet tego nie zauważając. W nocy śniła mi się duża ryba świecąca na lekki róż. Było widać, że dożywa kresu swych dni. Była na płytkiej wodzie kiedy nagle spadła w dół obok kamienia wystającego z wody. Była nieżywa. Niespodziewanie zauważyłem, że brakuje mi tlenu i zacząłem się miotać w wodzie, która nie chciała mnie wypuścić. Obudziłem się i gwałtownie spadłem z łóżka. Moi towarzysze stali na około mnie. A ja dręczony wizją senną wybiegłem z łóżka.
- Mówiłem, że to dziwak. - dobiegł mnie jeszcze głos niedźwiedzia.
Pędziłem nad jezioro i stanąłem nad jego brzegiem. Szukałem wzrokiem kamienia z mojego snu. Widząc go podeszłem do niego. Od razu rzuciła mi się wielka ryba, której ciało mocno błyszczało na różowo. Uklęknąłem obok niej i wyjąłem ostry sztylet. Rozciąłem jej brzuch i triumfująco wyjąłem z niego kamień. Miał około dwudziestu centymetrów i nierównomierny kształt. Świecił na pudrowy róż. Niechcący mój sztylet odciął niewielki kawałek kamienia. Rozejrzałem się uważnie po okolicy i czując się jak przestępca wyjąłem słoiczek z torby i go tam wrzuciłem. Dopiero teraz spostrzegłem, że całe dłonie mam w kleistej krwi ryby. Wróciłem do domku. Wszyscy patrzyli na mnie jak na szaleńca, ale nie zważając na to postawiłem kamień na stole. Niedługo potem przyszedł jednorożec, ten który wczoraj przeprowadził mnie do domku. Ze zdziwieniem patrzył to na mnie, to na kamień.
- Znalazłeś go. - powiedział w końcu.
sobota, 11 lutego 2017
Od Doriana C.D Avaresha
Słowa mężczyzny o mojej matce mnie zabolały. Nienawidziłem tej kobiety za to co mi zrobiła, ale i tak nie mogłem słuchać jak ją obrażają. Arszenik dał pokaźną sakiewkę właścicielowi.
- Nie musisz za mnie płacić. - rzuciłem wciąż lekko zdenerwowany.
- To ja spowodowałem... - zaczął.
- Och, zamknij się. - przerwałem mu.
Wilk spojrzał na mnie ze spokojem i delikatnym uśmiechem na ustach.
- Idę stąd. - rzuciłem tylko do niego.
Ruszyłem do drzwi. Ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Zapewne stanę się tematem wszystkich miejscowych plotek. Oj wisi mi to. Mam już dosyć tego paskudne miasta. Trzasnąłem głośno drzwiami.
- Dorian... - usłyszałem głos z budynku.
Arszenik wypadł z baru jak poparzony. Lekko przyspieszyłem kroku. Wilk był jednak nie ugięty i podążał za mną. W krótce maszerował tuż obok mnie. Nie miałem ochoty na niczyjej towarzystwo, a zwłaszcza jego.
- Dorian, nie jesteś stąd. - powiedział, a ja spojrzałem na niego zdziwiony.
- Wiem, że nie jesteś stąd, bo znam w tym mieście dużo ludzi. Strasznie się wyróżniasz, więc zapamiętałbym cię. Jest już ciemno, więc potrzebujesz przewodnika po mieście. - podkreślił słowa wielkim uśmiechem.
- Zostaw mnie w spokoju. Znajdź sobie kogoś innego do nękania. - powiedziałem nawet na niego nie patrząc.
Rozejrzałem się po okolicy. Ciemność znacznie utrudniała poruszanie się po mieście. Skrywała uliczki i budynki, które stawały się niewidoczne.
- Dorian, uspokój się. - powiedział lekko karcąco.
- Nie zostawisz mnie w spokoju? - zapytałem z nadzieją.
Arszenik pokręcił głową. Westchnąłem donośnie. Oparłem się plecami o najbliższy budynek i przysiadłem na chodniku. Odchyliłem głowę do tyłu. Ujrzałem kilkanaście poziomych sznurków do wieszania ubrań. W głowie zaśmiała mi pewna myśl. Jeden z nich był na wysokości mojej wyciągniętej ręki. Chwyciłem go i pociągnąłem. Mogłem się na nim swobodnie podciągnąć. Metalowe umocnienie w środku. Stara, złodziejska sztuczka. Stanąłem na wystającej cegle budynku. Chwyciłem kolejny wyższy sznurek, ten puścił i zleciał bezużyteczny na dół.
- Na co się gapisz, Arszeniku? - zapytałem złośliwie wilka.
Złapałem kolejną linę. Te umocnione metalem były grubsze i nawet przy słabym świetle mogłem je rozróżnić. W końcu lekko zmęczony wdrapałem się na dach. Usłyszałem świst i szum wiatru. Arszenik wyleciał w górę i chwilę później siedział obok mnie.
- Można i tak. - szepnąłem do siebie. Rozmasowałem obolałe dłonie.
- Dlaczego tu weszliśmy? - zapytał Arszenik.
- W sumie sam nie wiem, ale fajnie czasem popatrzeć na coś z góry. - tym razem w mojej wypowiedzi nie było ani cienia złości.
Podeszłem do starego komina. Obejrzałem go uważnie. Jedna cegła przykuła moją uwagę. Była jakby niepotrzebna i jasniejsza. Wyciągnąłem ją, nie była nawet ubezpieczona zaprawą. Puknąłem w nią. Pusta. Była pusta. Rzuciłem nią o dach i pękła na drobny mak. Arszenik aż rozszerzył oczy ze zdziwienia gdy zobaczył jej zawartość.
<Avaresh? Co było w cegle? >
[Nie wiem? Koka? xd]
- Nie musisz za mnie płacić. - rzuciłem wciąż lekko zdenerwowany.
- To ja spowodowałem... - zaczął.
- Och, zamknij się. - przerwałem mu.
Wilk spojrzał na mnie ze spokojem i delikatnym uśmiechem na ustach.
- Idę stąd. - rzuciłem tylko do niego.
Ruszyłem do drzwi. Ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Zapewne stanę się tematem wszystkich miejscowych plotek. Oj wisi mi to. Mam już dosyć tego paskudne miasta. Trzasnąłem głośno drzwiami.
- Dorian... - usłyszałem głos z budynku.
Arszenik wypadł z baru jak poparzony. Lekko przyspieszyłem kroku. Wilk był jednak nie ugięty i podążał za mną. W krótce maszerował tuż obok mnie. Nie miałem ochoty na niczyjej towarzystwo, a zwłaszcza jego.
- Dorian, nie jesteś stąd. - powiedział, a ja spojrzałem na niego zdziwiony.
- Wiem, że nie jesteś stąd, bo znam w tym mieście dużo ludzi. Strasznie się wyróżniasz, więc zapamiętałbym cię. Jest już ciemno, więc potrzebujesz przewodnika po mieście. - podkreślił słowa wielkim uśmiechem.
- Zostaw mnie w spokoju. Znajdź sobie kogoś innego do nękania. - powiedziałem nawet na niego nie patrząc.
Rozejrzałem się po okolicy. Ciemność znacznie utrudniała poruszanie się po mieście. Skrywała uliczki i budynki, które stawały się niewidoczne.
- Dorian, uspokój się. - powiedział lekko karcąco.
- Nie zostawisz mnie w spokoju? - zapytałem z nadzieją.
Arszenik pokręcił głową. Westchnąłem donośnie. Oparłem się plecami o najbliższy budynek i przysiadłem na chodniku. Odchyliłem głowę do tyłu. Ujrzałem kilkanaście poziomych sznurków do wieszania ubrań. W głowie zaśmiała mi pewna myśl. Jeden z nich był na wysokości mojej wyciągniętej ręki. Chwyciłem go i pociągnąłem. Mogłem się na nim swobodnie podciągnąć. Metalowe umocnienie w środku. Stara, złodziejska sztuczka. Stanąłem na wystającej cegle budynku. Chwyciłem kolejny wyższy sznurek, ten puścił i zleciał bezużyteczny na dół.
- Na co się gapisz, Arszeniku? - zapytałem złośliwie wilka.
Złapałem kolejną linę. Te umocnione metalem były grubsze i nawet przy słabym świetle mogłem je rozróżnić. W końcu lekko zmęczony wdrapałem się na dach. Usłyszałem świst i szum wiatru. Arszenik wyleciał w górę i chwilę później siedział obok mnie.
- Można i tak. - szepnąłem do siebie. Rozmasowałem obolałe dłonie.
- Dlaczego tu weszliśmy? - zapytał Arszenik.
- W sumie sam nie wiem, ale fajnie czasem popatrzeć na coś z góry. - tym razem w mojej wypowiedzi nie było ani cienia złości.
Podeszłem do starego komina. Obejrzałem go uważnie. Jedna cegła przykuła moją uwagę. Była jakby niepotrzebna i jasniejsza. Wyciągnąłem ją, nie była nawet ubezpieczona zaprawą. Puknąłem w nią. Pusta. Była pusta. Rzuciłem nią o dach i pękła na drobny mak. Arszenik aż rozszerzył oczy ze zdziwienia gdy zobaczył jej zawartość.
<Avaresh? Co było w cegle? >
[Nie wiem? Koka? xd]
poniedziałek, 6 lutego 2017
Od Doriana C.D Avaresha
Osz ty!! Dobra, Dorian tylko spokojnie, nie daj się sprowokować. "Ale on nawet cię nie prowokuje, on jest miły i tyle" - odparł mój drugi wewnętrzny głos. Masz ci los kolejna wewnętrzna kłótnia w mojej wspaniałej głowie... Spojrzałem ponownie na mężczyznę. Mój żołądek mnie jednak zdradził i rozejrzałem się dookoła. Żadnych wolnych miejsc, oczywiście oprócz tego naprzeciwko tego... Tego... Hmmm... Arszenika. Tak to było pierwsze słowo o którym pomyślałem. Niechętnie usiadłem na krześle i czekałem aż przyjdzie tu ktoś, u którego mógłbym złożyć zamówienie. Zastukałem nerwowo palcami o blat. I byłem tak blisko skonponowania nowej arii operowej lub innego muzycznego bzdetu gdy Arszenik postanowił podzielić się swoim przemyśleniem.
- Nie moglibyśmy porozmawiać jak na cywilizowaną cywilizację przystało?
Rzuciłem mu niechętne spojrzenie i głęboko westchnąłem. Wiedziałem, że ktoś taki jak on nie da rady wytrzymać długo bez mówienia.
- Moglibyśmy. - powiedziałem bawiąc się skrawkiem papieru znalezionym na blacie.
- To dlaczego tego nie zrobimy. I proszę popatrz na mnie, bo rozmawiamy. - powiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Oparłem się o drewniane, niewygodne oparcie i ze skrzyżowanymi na piersi rękami spojrzałem na jego twarz.
- Od razu lepiej, nie uważasz? Jakbyś jeszcze nie próbował zabić mnie wzrokiem byłoby idealnie.
Skrawek papieru zaczął dymić, a ja zirytowany odłożyłem go na bok. Znowu mnie wkurzył, za jakie grzechy musiałem usiąść naprzeciwko tego Arszenika?! Dorian, idioto ogarnij ten pusty łeb! Dzisiaj mam chyba po prostu zły dzień. Najpierw ta wiewiórka, teraz on... Co jeszcze?
- Kim jesteś? - mężczyzna znowu przerwał tą piękną ciszę.
- Nie muszę ci odpowiadać, nie jestem na przesłuchaniu. - powiedziałem obojętnym głosem.
Patrzyłem wyzwająco na jego twarz. Mężczyzna tylko ciężko westchnął.
- Dorian. - usłyszałem zdziwiony swój głos.
- Od razu lepiej, Dorianie.
Zawstydzony odwróciłem głowę i patrzyłem na posmarowaną oliwą, niczym ryba przed smażeniem tancerkę. Miała gibkie ciało, które było dość skąpo zasłonięte. Ruszyła się szybko, niczym kot rzucony losowym przedmiotem. Dopiero teraz zauważyłem jej zasłoniętą twarz i brązowe loki, które podskakiwały we własnym tańcu. Że też nie nie poślizgnie się tańcząc w tej oliwie. A jakby tak puścić na nią drobną iskrę. Oczywiście dałbym radę opanować ten ogień i nic by się jej nie stało, ale ja dałbym radę odejść do innej karczmy... Stop! Dorian, stop! Jesteś tutaj tylko ze względu na własną głupotę i nie będziesz podpalał przypadkowych ludzi. Chociaż może to nie taki zły pomysł... Nie! To jest koszmarny i głupi pomysł!
- Skąd jesteś? - usłyszałem głos z drugiego końca stołu.
Zacisnąłem palce w pięści.
- Nie twoja sprawa. - odparłem z zaciśnietymi zębami.
Na moje szczęście wreszcie dostrzegł nas chłopiec przyjmujący zamówienia.
- Co podać panom?
- Kawę i bulion wołowy. - powiedział szybko mężczyzna
- Poproszę o herbatę i tak jak towarzysz bulion wołowy. - oznajmiłem dość przyjaźnie.
Chłopak odszedł.
- Towarzysz? - zapytał zdziwiony mężczyzna.
- A co wolisz Arszenik? - powiedziałem ostro.
- Nie możemy po prostu porozmawiać?
- A po co ty chcesz rozmawiać? Każdego tak zaczepiasz i chcesz porozmawiać? Chcesz wiedzieć coś o mnie?! Moje życie życie to jedna wielka porażka. Jestem tylko narzędziem, które bierze się i odkłada na półkę. Od czterech lat pracuję w przymierzu, a wiesz ile obchodzi to tych ludzi? Nic! Kompletnie nic. Mam już tego dosyć. Tak powinna wyglądać ta "dobra strona"? Żyjemy w czasach gdzie zabijamy swoich braci. Gdzie nikogo nie obchodzi to, że ktoś się naraża na śmierć żeby oni mogli żyć! Najłatwiej to by było pójść na pętelkę i skończyć z tym światem. Och mam tego już po dziurki mojego piegatego nosa. To chciałeś usłyszeć? Pewnie nie. Powinienem nawijać ci o tym jak cudowne jest przymierze, jak dobrze jest mi żyć, ale lepiej mówić prawdę. Później byśmy porozmawiali o głupiej pogodzie i wszystko by było dobrze, ale nie jest. Wiem imperium jest złe, ale przymierze też nie jest idealne. - tak, w końcu wybuchłem.
Mężczyzna patrzył na mnie zdziwiony.
Oparłem głowę na ręce i roztarłem czoło.
- Przepraszam, poniosło mnie. - oznajmiłem cicho.
<Avaresh? Ta odpowiedź to jakaś paranoja, wiem dialogi mi wyszły dziwnie, ale nie wiem jak odpowiadać twoją postacią?>
- Nie moglibyśmy porozmawiać jak na cywilizowaną cywilizację przystało?
Rzuciłem mu niechętne spojrzenie i głęboko westchnąłem. Wiedziałem, że ktoś taki jak on nie da rady wytrzymać długo bez mówienia.
- Moglibyśmy. - powiedziałem bawiąc się skrawkiem papieru znalezionym na blacie.
- To dlaczego tego nie zrobimy. I proszę popatrz na mnie, bo rozmawiamy. - powiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Oparłem się o drewniane, niewygodne oparcie i ze skrzyżowanymi na piersi rękami spojrzałem na jego twarz.
- Od razu lepiej, nie uważasz? Jakbyś jeszcze nie próbował zabić mnie wzrokiem byłoby idealnie.
Skrawek papieru zaczął dymić, a ja zirytowany odłożyłem go na bok. Znowu mnie wkurzył, za jakie grzechy musiałem usiąść naprzeciwko tego Arszenika?! Dorian, idioto ogarnij ten pusty łeb! Dzisiaj mam chyba po prostu zły dzień. Najpierw ta wiewiórka, teraz on... Co jeszcze?
- Kim jesteś? - mężczyzna znowu przerwał tą piękną ciszę.
- Nie muszę ci odpowiadać, nie jestem na przesłuchaniu. - powiedziałem obojętnym głosem.
Patrzyłem wyzwająco na jego twarz. Mężczyzna tylko ciężko westchnął.
- Dorian. - usłyszałem zdziwiony swój głos.
- Od razu lepiej, Dorianie.
Zawstydzony odwróciłem głowę i patrzyłem na posmarowaną oliwą, niczym ryba przed smażeniem tancerkę. Miała gibkie ciało, które było dość skąpo zasłonięte. Ruszyła się szybko, niczym kot rzucony losowym przedmiotem. Dopiero teraz zauważyłem jej zasłoniętą twarz i brązowe loki, które podskakiwały we własnym tańcu. Że też nie nie poślizgnie się tańcząc w tej oliwie. A jakby tak puścić na nią drobną iskrę. Oczywiście dałbym radę opanować ten ogień i nic by się jej nie stało, ale ja dałbym radę odejść do innej karczmy... Stop! Dorian, stop! Jesteś tutaj tylko ze względu na własną głupotę i nie będziesz podpalał przypadkowych ludzi. Chociaż może to nie taki zły pomysł... Nie! To jest koszmarny i głupi pomysł!
- Skąd jesteś? - usłyszałem głos z drugiego końca stołu.
Zacisnąłem palce w pięści.
- Nie twoja sprawa. - odparłem z zaciśnietymi zębami.
Na moje szczęście wreszcie dostrzegł nas chłopiec przyjmujący zamówienia.
- Co podać panom?
- Kawę i bulion wołowy. - powiedział szybko mężczyzna
- Poproszę o herbatę i tak jak towarzysz bulion wołowy. - oznajmiłem dość przyjaźnie.
Chłopak odszedł.
- Towarzysz? - zapytał zdziwiony mężczyzna.
- A co wolisz Arszenik? - powiedziałem ostro.
- Nie możemy po prostu porozmawiać?
- A po co ty chcesz rozmawiać? Każdego tak zaczepiasz i chcesz porozmawiać? Chcesz wiedzieć coś o mnie?! Moje życie życie to jedna wielka porażka. Jestem tylko narzędziem, które bierze się i odkłada na półkę. Od czterech lat pracuję w przymierzu, a wiesz ile obchodzi to tych ludzi? Nic! Kompletnie nic. Mam już tego dosyć. Tak powinna wyglądać ta "dobra strona"? Żyjemy w czasach gdzie zabijamy swoich braci. Gdzie nikogo nie obchodzi to, że ktoś się naraża na śmierć żeby oni mogli żyć! Najłatwiej to by było pójść na pętelkę i skończyć z tym światem. Och mam tego już po dziurki mojego piegatego nosa. To chciałeś usłyszeć? Pewnie nie. Powinienem nawijać ci o tym jak cudowne jest przymierze, jak dobrze jest mi żyć, ale lepiej mówić prawdę. Później byśmy porozmawiali o głupiej pogodzie i wszystko by było dobrze, ale nie jest. Wiem imperium jest złe, ale przymierze też nie jest idealne. - tak, w końcu wybuchłem.
Mężczyzna patrzył na mnie zdziwiony.
Oparłem głowę na ręce i roztarłem czoło.
- Przepraszam, poniosło mnie. - oznajmiłem cicho.
<Avaresh? Ta odpowiedź to jakaś paranoja, wiem dialogi mi wyszły dziwnie, ale nie wiem jak odpowiadać twoją postacią?>
niedziela, 5 lutego 2017
Od Doriana Do Avaresha
Splunąłem na ziemię że złością. Byłem w swojej ludzkiej postaci, więc dałem ponieść się emocjom i kopnąłem sporej wielkości kamień. Z moich ust wyszedł sznur przekleństw, zdecydowanie nie nadający się do cytowania. Byłem wściekły, ale usta nawet mi nie drgnęły, a brwi się nie zmarszczyły kiedy oni znowu to powiedzieli. Czułem się jak narzędzie, które odkłada się na półkę kiedy nie jest już potrzebne. Żadnego głupiego "dziękuję", nic, zero. Ponad dwa miesiące nadstawiałem za nich kark, nie jednego uratowałem gdy go otruto. A co dostaję? "Jesteś zwolniony z walki w tym oddziale, możesz wrócić do rodziny. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy". Tak brzmiały jego słowa. Tyle, że ja nie mam rodziny. Albo raczej rodzina nie ma mnie. Zwolniony, niepotrzebny, bezużyteczny. Dobrze, już spokojnie. Wdech i wydech, wdech, i wydech. Uspokoiłem się i usiadłem na pniu ściętego drzewa. Zdjąłem torbę z ramienia i zacząłem przeglądać jej zawartość. Zostało mi jeszcze dużo pełnych fiolek, ale niektóre były puste. Trzeba będzie uzupełnić zapasy. Roztarłem zmęczone oczy i spojrzałem na księżyc w pełni. Nawet nie zauważyłem kiedy zrobiło się ciemno. Zmieniłem się spowrotem w wilka i wygodnie ułożyłem się pod sporym drzewem. Szybko zasnąłem. Gwałtownie obudziłem się w ciele człowieka i już miałem znowu się położyć gdy dostrzegłem ugryzienie na ręce. Rozejrzałem się tym razem dokładniej po okolicy. Dostrzegłem małą, białą wiewiórkę.
- Cześć malutka. - powiedziałem cicho nachylając się nad nią.
Niestety to małe, wredne coś skoczyło mi na twarz. Zaskoczony odchyliłem się do tyłu i ciężko upadłem na miejsce gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Szarpałem stworzonkiem, ale ten mały skurczybyk mocno złapał moją twarz. Wreszcie mocniej szarpnąłem i przygwoździłem wiewiórkę jedną ręką do ziemi. Drugą szybko wyjąłem sztylet i wbiłem go w drobne ciałko. Wiewiórka przestała się miotać, była nieżywa.
- Potępiona. - szepnąłem lekko przestraszony.
Była tak blisko stolicy. Jak zdołała się tutaj przedostać. Czym prędzej założyłem torbę i ruszyłem w kierunku miasta. Znowu przed oczami stanęło mi wydarzenie ze wczoraj. Tym razem tylko prychnąłem przypominając je sobie. Szybko odpędziłem je od siebie i przyspieszyłem kroku. Dlaczego ludzie nie doceniają tej formy? Tak wygodnie jest być człowiekiem. Móc podnosić różne rzeczy, jeść rękami, a nie całą twarzą. Móc rzucać bronią. Jako wilk mogę tylko drapać i gryźć, ale jak człowiek... Cóż mogę wszystko i czuję się wtedy jak niepokonany bóg. Ale dość tego samo uwielbienia. Las stał się rzadszy, a moim oczom ukazało się ogromne miasto przymierza. Zmieniłem się w wilka i biegiem ruszyłem do bramy. Już po chwili moje pazury głośno uderzały o bruk. Mieszkańcy odwracali się na mój widok, niechętnie spuściłem wzrok przestając oglądać okolicę. Moja sierść i pióra dość mocno się wyróżniały, czego chciałem uniknąć. Na szczęście udało mi się wymieszać z tłumem. I pozwoliłem mu sobą kierować. Moje zdziwienie było ogromne kiedy zostałem, prawie siłą wepchnięty do ogromnego baru. Oszołomiony zmieniłem się w człowieka i usiadłem na pierwszym lepszym wolnym krześle. Myślałem, że siedzę sam przy stoliku, ale wtedy z cienia wyłoniła się twarz wilka z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Miał białą sierść na twarzy, a wokoło oczu i uszu niebieski-błękitne plamki. Chrząknąłem lekko zdenerwowany tym jego uśmieszkiem, ale się nie odezwałem tylko czekałem aż on coś powie. Mocniej złapałem torbę, kiedy tłum znowu zaczął się pchać. Nienawidzę takich miejsc, ale tylko i wyłącznie przez własną głupotę znalazłem się w tym miejscu. Równie dobrze mógłbym od razu udać się na targ i tam kupić wszystko czego mi potrzeba. Ale nie dałem się wepchnąć tłumowi do jakiegoś lokalu i teraz siedzę na przeciwko tego uśmiechniętego gościa. Mam ochotę uderzyć go za ten wkurzający uśmieszek i na dobre zetrzeć go z tej mordki. Westchnąłem i przestałem gapić się na wilka. On chyba czeka, aż ja coś powiem. Ale mi odpowiada ta cisza, panie uśmiechnięty. Rozejrzałem się dookoła. Może trzeba by było coś zamówić? W sumie nawet jestem trochę głodny. Oparłem swój podbródek na ręce i że zdziwieniem zauważyłem krew na dłoni. Wiewiórka. Głupia wiewióra.
< Avaresh? >
- Cześć malutka. - powiedziałem cicho nachylając się nad nią.
Niestety to małe, wredne coś skoczyło mi na twarz. Zaskoczony odchyliłem się do tyłu i ciężko upadłem na miejsce gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Szarpałem stworzonkiem, ale ten mały skurczybyk mocno złapał moją twarz. Wreszcie mocniej szarpnąłem i przygwoździłem wiewiórkę jedną ręką do ziemi. Drugą szybko wyjąłem sztylet i wbiłem go w drobne ciałko. Wiewiórka przestała się miotać, była nieżywa.
- Potępiona. - szepnąłem lekko przestraszony.
Była tak blisko stolicy. Jak zdołała się tutaj przedostać. Czym prędzej założyłem torbę i ruszyłem w kierunku miasta. Znowu przed oczami stanęło mi wydarzenie ze wczoraj. Tym razem tylko prychnąłem przypominając je sobie. Szybko odpędziłem je od siebie i przyspieszyłem kroku. Dlaczego ludzie nie doceniają tej formy? Tak wygodnie jest być człowiekiem. Móc podnosić różne rzeczy, jeść rękami, a nie całą twarzą. Móc rzucać bronią. Jako wilk mogę tylko drapać i gryźć, ale jak człowiek... Cóż mogę wszystko i czuję się wtedy jak niepokonany bóg. Ale dość tego samo uwielbienia. Las stał się rzadszy, a moim oczom ukazało się ogromne miasto przymierza. Zmieniłem się w wilka i biegiem ruszyłem do bramy. Już po chwili moje pazury głośno uderzały o bruk. Mieszkańcy odwracali się na mój widok, niechętnie spuściłem wzrok przestając oglądać okolicę. Moja sierść i pióra dość mocno się wyróżniały, czego chciałem uniknąć. Na szczęście udało mi się wymieszać z tłumem. I pozwoliłem mu sobą kierować. Moje zdziwienie było ogromne kiedy zostałem, prawie siłą wepchnięty do ogromnego baru. Oszołomiony zmieniłem się w człowieka i usiadłem na pierwszym lepszym wolnym krześle. Myślałem, że siedzę sam przy stoliku, ale wtedy z cienia wyłoniła się twarz wilka z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Miał białą sierść na twarzy, a wokoło oczu i uszu niebieski-błękitne plamki. Chrząknąłem lekko zdenerwowany tym jego uśmieszkiem, ale się nie odezwałem tylko czekałem aż on coś powie. Mocniej złapałem torbę, kiedy tłum znowu zaczął się pchać. Nienawidzę takich miejsc, ale tylko i wyłącznie przez własną głupotę znalazłem się w tym miejscu. Równie dobrze mógłbym od razu udać się na targ i tam kupić wszystko czego mi potrzeba. Ale nie dałem się wepchnąć tłumowi do jakiegoś lokalu i teraz siedzę na przeciwko tego uśmiechniętego gościa. Mam ochotę uderzyć go za ten wkurzający uśmieszek i na dobre zetrzeć go z tej mordki. Westchnąłem i przestałem gapić się na wilka. On chyba czeka, aż ja coś powiem. Ale mi odpowiada ta cisza, panie uśmiechnięty. Rozejrzałem się dookoła. Może trzeba by było coś zamówić? W sumie nawet jestem trochę głodny. Oparłem swój podbródek na ręce i że zdziwieniem zauważyłem krew na dłoni. Wiewiórka. Głupia wiewióra.
< Avaresh? >
piątek, 3 lutego 2017
Dorian Plater
R a n g a: Starszy szeregowy 1-szej klasy
W ł a ś c i c i e l:
Shuna
Kiedy łamiesz zasady
łam je mocno
i na dobre
I m i ę: Dorian
N a z w i s k o: Plater
P s e u d o n i m: -
P ł e ć: Basior
T e r e n: Nightwood
R a s a: Wilkołak, chociaż jeden z jego przodków pochodzi z Powietrznego Królestwa
C h a r a k t e r: Jaki jest Dorian? Trudno jest określić charakter w słowach, prawda? Zacznijmy od cechy, którą widzimy na początku w tym skomplikowanym wilku. Odwaga, piękna cecha, która moim zdaniem obrosła wielką legendą. Odwaga, szaleństwo. U Dariana zobaczymy, że te słowa to synonimy. Stara się przewidzieć co stanie się dalej podczas walki, ale czasem rzuci się w jej wir niewiele myśląc. Gdy ktoś zaatakuje jednego z jego znajomych zdecydowanie będzie starał się ich obronić. Lubi być przewidujący, uwielbia gdy jego liczne plany się sprawdzają. Często snuje po nocach historie, które raczej się nie zdarzą. Odwaga ujawnia się też podczas rozmowy. Nie boi się powiedzieć prawdy, kiedy łatwiej jest kłamać. Choć tylko w przypływie silnych emocji może cię obrazić lub powiedzieć coś nieodpowiedniego. Stara kontrolować wszystko co czuje, rzadko okazuje na twarzy coś więcej niż beznamiętna obojętność. Niektórzy czasem nawet myślą, że świat go zmienił do tego stopnia, że nie jest w stanie nic czuć. Jak to mówią: oczy są zwierciadłem duszy. I tak jest także, a raczej zwłaszcza u Dariana. Niestety nie potrafi okiełznać na tyle emocji, żeby nie było tego widać w jego oczach. W tym zwierciadle odbija się, a raczej ukazuje wszystko. Strach, ból, miłość, zadowolenie, rozgoryczenie... Wszystko od najmniejszych po największe emocje. Nienawidzi pokazywać, czy też zwierzać się z czegokolwiek. Swoje problemy woli przemilczeć. Dusi w sobie wszystko co widać w jego oczach. Czasem zastanawiam się tylko ile w sobie pomieści i, czy kiedyś w końcu nie wybuchnie. Ma ognisty tak jak jego włosy w ludzkiej postaci temperament. Oczywiście widzimy to tylko pod wpływem ogromnego gniewu, w który nawiasem mówiąc nie wpada tak rzadko. Stara się być przyjacielski, jeśli mu nie podpadniesz. Lubi być opiekunem kogoś. Często bardziej martwi się o innych niż o siebie. Nienawidzi momentów kiedy nie może komuś pomóc mimo, że widzi jego krzywdę. Niestety nie przepada jeśli ktoś pomaga jemu, albo gdy inne stworzenie nadstawia karku za niego. Jest bardzo samodzielny, chociaż samotnikiem na pewno nie jest. Sam wyznacza sobie zasady, które dość często zdarza mu się łamać. Nie uznaje czyjegoś zwierzchnictwa. Dla niego każdy jest władcą samego siebie. Zasady narzucone na niego mogą się później okazać złamane, ale mogą, a nie muszą. Czasem zdarzy mu się nie wykonać poleceń, albo zdarzy się, że przełoży je na później. Buntowniczość zawsze w nim głęboko tkwiła, mimo licznych prób jej usunięcia. Na początku znajomości będzie przyjazny, ale rozum nie pozwala mu dopuścić kogoś bliżej. Mimo, że serce pragnie posiadać kogoś bliskiego, jego rozum tego nie chce ze względu na przyjaciółkę, którą stracił wiele lat temu. Taki już czasami jest Dorian, pełen sprzeczności. W ważnych momentach jest małomówny i gdy kogoś mało zna też nie mówi za dużo, ale gdy ktoś mu na to pozwoli zaczyna straszliwie paplać o wszystkim i (to zdecydowanie częściej) o niczym. Zdecydowanie nie jest nudziarzem, uwielbia wszelkiego rodzaju rozrywkę. Uwielbia się bawić, bo tylko wtedy potrafi zapomnieć o okrutnym świecie. Nie jest zbyt ufny, ale nie należy do wilków, które zawsze spodziewają się kłamstwa. Taki jest właśnie Dorian i tylko od Ciebie zależy jak dobrze go poznasz.
Z m i a n y:Kiedyś miał śnieżnobiałą sierść, jednak od piątych urodzin zaczęła zmieniać się w niektórych miejscach na krwisto czerwoną, hebanową czerń lub oceaniczny niebieski. Stopniowo zaczęły wyrastać mu pióra, jedne ostre i twarde niczym kolce róży, a drugie zwykłe, ptasie.
M o c e:
Człowiek:
- uzdrawianie mniejszych ran, lub mniej groźnych chorób
- bardzo szybki, ale męczący bieg. Zazwyczaj żeby go wykorzystać zmienia się w wilka.
- władanie nad ogniem, które jest silniejsze w ludzkiej postaci.
Wilk:
- bardzo szybki bieg
- władza nad ogniem, chociaż nie zbyt silna
S t a n o w i s k o: Szaman
W i e k:18 lat urodziny 10 lipca
C e c h y C h a r a k t e r y s t y c z n e: Dorian woli swoją ludzką postać i częste zmiany w nią sprawiły, że czas bycia człowiekiem wydłużył się do prawie czterech dni z rzędu. Dużą część talentów wykształcił tylko jako człowiek. Oprócz mocy wymienionych powyżej można znajdź w jego głowie wiele informacji na temat trucizn, jadu zwierząt, oraz na temat różnych antidotum. Wszystko to stało się jego dziwaczną obsesją. Jako człowiek świetnie walczy mieczem, a strzelanie z łuku nie idzie mu katastrofalnie. Posiada pewne, chociaż niezbyt duże umiejętności zwiadowcze. W ciele wilka potrafi bardzo szybko biegać. Jest dość sprawny fizycznie, ale do najsilniejszych zdecydowanie nie należy.
R o z p o z n a w a l n o ś ć:Jako człowiek można go poznać po rudych włosach i bliźnie na nosie. Przy pasie nosi miecz i przy dłuższym przeszukaniu odnajdziemy jeszcze kilka, lub kilkanaście sztyletów, które uwielbia kolekcjonować. Nosi też skórzaną torbę ze starym zeszytem i różne, znane tylko jemu substancje podejrzanego pochodzenia.
W y g l ą d:
Człowiek:
Ma duże oczy koloru najczęstszego złota, w których odbijają się najszczersze emocje. Zazwyczaj spoglądają one ciekawie na otaczający świat. Pod oczami często odnajdziemy ciemne cienie z powodu bezsenności. Jego wzrok wybiega spod ciemnych, gęstych rzęs, a nad nimi znajdują się grube, ogniste jak jego dusza brwi. Nos ma prosty, lekko prostokątny. Między oczami przebiega paskudna, głęboka blizna - pamiątka po ojcu. Kształtne, okrągłe usta wręcz namiętnie wypowiadają wszystkie słowa. Pod nimi ujrzymy rząd białych zębów, jeden z jego kłów jest wyszczerbiony. Na twarzy ma rozsypane drobne piegi. Całość jest zwieńczona, niczym tort wiśnią, ognistorudą czupryną, zwykle tylko pobieżnie przeczesaną. Spomiędzy lekko długawych włosów wystają wszystko słyszące uszy, które przy dalszych oględzinach okazałyby się delikatnie spiczaste. Jego sylwetka jest smukła i jak na te czasy przystało umięśniona, chociaż bez przesady. Jego chód jest cichy i pełen gracji. Na jego ciele znajduje się jeszcze kilka blizn, pamiątek okrutnych czasów.
Wilk:
Ma przenikliwe, inteligentne oczy koloru neonowego błękitu. Dookoła oczu białe obwódki. Nos czerwony tak jak i sierść nad nim. Od nosa na lewą i prawą stronę przebiega niczym rzeka niebieska sierść pofalowana jak morskie bałwany. Policzki biało-błękitne z nutką krwistej czerwieni. Na szyi niczym na zebrze pięć pasów kolorowej sierści, która stopniowo zmienia się w miękkie,czerwone pióra. Wzdłuż kręgosłupa bieganie pręga tym razem ostrego jak brzytwa upierzenia. Pióra na tej prędze z jednej strony są czerwone niczym wino, a z drugiej niebieskie z czarnym, pawim okiem. Uszy czarne z białym środkiem ochoczo nasłuchują dźwięków, są one dość długie. Przednie łapy są czarne jak węgiel z drobnymi krwistymi wstawkami, na każdej z nich jest złota bransoleta z niebieskim, świecącym kryształem. Na kończynach tuż przy brzuchu wyrosły długie pióra. Białe podgardle i śnieżna pierś, oraz jasny brzuch nagle zmienia się w czerń, która jest wygaśnięta, i przypomina miejscami szarość, i czerwień. Chmurzasty zad staje się neonowym błękitem. I znowu niczym na zebrze neon i heban przeplatają się by w końcu wygrała na tylnych łapach czerń. Ogon to mieszanina tych wszystkich kolorów z ostrymi, długimi piórami trochę przypomina ogon papugi.
O r i e n t a c j a: biseksualny
Z a u r o c z e n i e: brak
H i s t o r i a: w trakcie tworzenia
C i e k a w o s t k i:
- bardzo lubi zbierać różne trujące i lecznicze zioła i inne tego typu substancje
- zdecydowanie woli swoją ludzką postać, w której często można go znaleźć
- uwielbia długie wyprawy i czasem potrafi zniknąć na takiej na parę dni
- kocha obserwować latające zwierzęta takie jak ptaki, czy owady
- bardzo boi się harpi
- można nazwać go żywym arsenałem, bo nosi przy sobie mnóstwo sztyletów
J a k o C z ł o w i e k:

O c e n a:2/0
G ł o s:
Intelekt: 135
Wytrzymałość: 50
Siła:30
Zwinność:60
Bonusy:
Bonus energii - użycie jakiejkolwiek mocy kosztuje 20% mniej energii
Bonus energii - użycie jakiejkolwiek mocy kosztuje 20% mniej energii
Subskrybuj:
Posty (Atom)

