- Musisz leżeć- powiedziała lekarka zwracając się chyba do mnie
- Ale ja nie chcę- powiedziałem trochę jak dziecko
- Infil jak... jak się czujesz?- zapytała Lily
- Jakoś...- przerwałem bo odezwał się ból w łapie- jakoś przeżyję, ale teraz muszę wyjść na zewnątrz
- Ale nie możesz
- Lily- spojrzałem jej w oczy a ona p chwili przytaknęła głową
- Nie możesz wyjść bo ci się pogorszy- powiedziała lekarka
- Mi się bardziej nie może pogorszyć- powiedziałem już trochę znudzony tymi zakazami
I jak by nigdy nic wyszedłem na dwór kulejąc jakbym miał tylko kolec w łapie i potłuczony bok. Zobaczyłem Rico i Amber rozmawiających ze sobą. Gdy mały mnie zobaczył od razu pobiegł do mnie i kazał mi się na sobie podeprzeć. Zrobiłem to aby mieć już święty spokój. Razem z Rico odsunąłem się na bok.
- Jak się czujesz?- zapytał mały
- Dobrze- rozejrzałem się uważnie i powiedziałem szeptem- nic nikomu nie powiesz, jasne?
- Jasne wujku, przecież ci obiecałem- wyszeptał
- Dobry z ciebie kompan- powiedziałem trochę głośniej
- Wiem wujku- powiedział ze strachem w oczach- mówisz mi to za każdym razem kiedy... Nie!- krzyknął mały- nie puszcze cię-pociągnąłem go za ucho aby siedział cicho
- Ale Rico ja muszę się stąd wynieść- powiedziałem przez zęby- jeśli mam jeszcze kiedyś zobaczyć Lily, Amber i ciebie muszę się z nim zmierzyć- po ostatnim moim słowie Rico zamarł- pójdę na zakazane tereny jak najdalej stąd, jasne? A ty nie piśniesz im ani słowa, tak?
- M..ma się... rozumieć- wyjąkał- ale ja cię nie puszcze samego
- Nie rozumiesz? Muszę to sam załatwić. Tylko ja i on. Jeśli bym nie przeżył masz się nimi zająć.
- Nawet nie chcę o tym słyszeć- powiedział ze łzami w oczach
- Rico musisz być silny...- tym razem żebro się odezwało- trzymaj się- powiedziałem i zacząłem odchodzić
Dziewczyny patrzyły jak wryte. Rico podleciał do Amber i zaczął do niej krzyczeć żeby coś zrobiła potem do Lily. Żadna nie reagowała. Po chwili gdy już się oddaliłem kawałek Lily do mnie podbiegła i mnie zatrzymała stając przede mną.
- Gdzie... gdzie ty... gdzie ty się wybierasz?- wyglądała na z szokowaną
- Idę się przejść- powiedziałem z ponurą miną i jeszcze bardziej ponurym głosem
- Ale...
- Lily, ja muszę coś załatwić...- znów przerwał mi ból- jak skończę to obiecuję ci, że wrócę- powiedziałem a chwilę potem dodałem szeptem- mam nadzieje
Potem już mnie nie zatrzymywała. Ruszyłem przed siebie na zakazane tereny. Po drodze kilka razy musiałem zrobić postój bo mnie dopadł taki sam ból, może nawet gorszy, jak tam w jaskini. Przez te wszystkie przerwy na miejsce dotarłem dopiero w nocy. Na miejscu jeszcze raz się upewniłem, że nikt za mną nie idzie.
- No chodź!- krzyknąłem... bardziej wysapałem- wiem, że tego chcesz i ciągle na mnie czekasz
Nic się nie wydarzyło a ja musiałem usiąść.
- Sybirion- krzyknąłem a za moimi plecami pojawił się okrutny jak zawsze diabelny wilk.

- Ach... więc witam z powrotem Infantil'a- wysyczał diabeł, ja nie miałem siły aby w ogóle coś powiedzieć- Oj... ale to brzydko wygląda- spojrzał na moją łapę lekko uniesioną do góry- Co to nic mi nie powiesz? Nawet się nie przywitasz ze starym przyjacielem?
- Nie jesteśmy przyjaciółmi- udało mi się powiedzieć przez zęby
- Oo... czyż byś potrzebował mojej pomocy Infiluśu?- powiedział z sarkazmem
- Zamknij się Sybirion- jego mina zmieniła się z przebiegłej w pełną gniewu
Chyba go tym wkurzyłem bo się na mnie rzucił. Byłem napędzany tylko adrenaliną i chęcią jak najszybszego powrotu do Lily, ale dzięki temu udało mi się zrobić unik i wilk wleciał na jakieś wysuszone drzewo, które pod jego ciężarem i siłą rozpędu się rozwaliło na kawałki.
- Widzę, żeś się czegoś nauczył od naszego ostatniego spotkania- rzekł z uśmiechem i w brew moim oczekiwaniom znów skoczył na mnie. Nie byłem przygotowany i zostałem przygwożdżony do ziemi.
- Ale nadal za mało o mnie wiesz- oblizał pysk i wgryzł mi się w zdrową łapę.
Zawyłem z bólu nie tylko od ugryzienia ale też z powodu połamanej prawej łapy i żebra.
- Oj, przepraszam chciałem mocniej- powiedział i zszedł ze mnie, odsunął się kawałek i pozwolił mi wstać
Znowu na mnie skoczył ale tym razem go przyjąłem i zaczęliśmy się szarpać. Trochę to wyglądało jak walka dobra ze złem.

- Dobra czas to skończyć- powiedział i znów się odsunął ale tym razem zniknął i nie wiedziałem gdzie on się podział.
- Co... boisz się?!- wysapałem i ledwo co się podniosłem
Nagle on się pojawił za mną, skoczył i zatopił swoje zęby w moim karku, tym samym przygwoździł mnie do ziemi, znowu. Następnie rzucił mną o najbliższą skałę. Nie miałem już siły z nim walczyć. Właśnie miał mnie wykończyć gdy nagle czymś oberwał, odwrócił głowę w tamtą stronę i stał się jeszcze bardziej rozwścieczony. Ja ostatkiem sił podniosłem głowę i spojrzałem tak gdzie on i wtedy ujrzałem moich przyjaciół.
<Amber, Lily, Rico?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz